
Podczas wizyt w spustoszonych i opustoszałych miastach, czujemy się jak kronikarze apokalipsy, wysłani przez nieznaną instancję w sam środek katastrofy. Nieład jest fizyczną manifestacją destrukcji – zupełnie jakby kres dało się ujrzeć w wyobraźni tylko nadając mu cechy pewnej ruiny, a porządek był tak mocno spleciony z fundującą zasadą bytu, że chaos musi stać się symbolem upadku. 'Chaos po końcu’ odbija chaos początku – pomiędzy nimi sytuuje się kaleka galaktyka niestabilnych, hybrydowych rzeczywistości, asymptotycznie uszeregowanych podług stopnia materialnego rozprzężenia. Rozpad oznajmia formę/formację definitywną, zamrożenie potencjalności. Obraz końca to dementi obrazu, jego postać apofatyczna. Ruch nie odróżnia się od spoczynku, duch/widmo wykańcza się w natręctwie łączenia, w daremnej, depresyjnej syntezie. Kiedy uniwersum odsłania właściwą, pokawałkowaną postać, spetryfikowany ogląd, mocą metatezy, oczyszcza się z cech podmiotowych, wtapia pomiędzy cząstki materialne. Stylistycznym uzupełnieniem apokaliptycznego obrazu jest enumeracja – językowy wykwit niespełnionej obsesji archiwum, rezygnacji z selekcji i hierarchii. Porządek pozbawiony zasady porządkującej, symulacyjnie nałożony na immanencję, oznacza stopienie umysłu z bytem. Porządek, za którym nie stoi archaiczna suwerenność to zbieracka, terminalna anarchia, nieudolna i nie dająca się domknąć praca całości, spajania zwaśnionych fragmentów, zdarzeń, rzeczy. Daremna tęsknota za ładem charakteryzuje melancholię – jednak depersonalizacja, uzewnętrznienie wyobraźni, uczynienie z obrazu nie tyle elementu percepcji, ile ruchów materii przeglądającej się w sobie i swoje idealne zdwojenie potwierdzającej, wymazującej w resztkowym, niekoniecznie ludzkim, podmiocie – wskazuje nie tyle na humoralną patologię, ile zwichnięcie formy świata, powolne i nieubłagane trawienie przestrzeni przez czas.

Powiadają, że tylko obrazy przetrwają ostateczną katastrofę, obrazy bez widza, lunarne projekcje, fragmenty pamięci Nikogo. W samej zasadzie ocalenia tkwi katastroficzna implikacja – wszystkie nasze dzienniki i pamiątki, nagrania i fotografie są dokumentami pośmiertnymi. Kiedy piszę, nagrywam, fotografuję; kiedy czynię znak, nawet w pełnej świadomości i przytomności, zakładam nieuchronnie własną nieobecność. Jeśli przyjąć, że podstawą tożsamości jest pamięć to subiektywna auto – konstytucja niesie w sobie stygmat nekromancji. Tylko obrazy ocalają i tylko obrazy poświadczają koniec, pozwalają nam uwierzyć w śmierć. Każde życie dąży do petryfikacji w obrazie – forma jest potwierdzeniem kształtu i negacją bezpośredniego doznania. Apokalipsa się nie wydarza – jest stale obecnym negatywem czasu historycznego, przechowuje irracjonalną przygodę kultury. Tylko na końcu czasu poznajemy, że mieliśmy czas – koniec jest tworzywem bycia, które wiecznie umyka przed grozą początku. Radykalna inauguracja o której roją wszelkie religijne i świeckie eschatologie, byłaby prawdziwym kresem naszej, z konieczności niedoskonałej, dziejowości. Początek wszystko by otworzył, uczynił nowym – ostatecznie unieważniając to, co najgłębiej nasze, co nie daje się naprawić.
