
Fizjonomika, jak każda pseudonauka, dążyła do redukcji niepewności, poznawczego odciążenia; jak każda pseudonauka musiała ustąpić miejsca mistyce. Wkroczyliśmy bowiem w epokę wizerunku absolutnego, w której każdy portret staje się ikoną, tylko dlatego, że odwzajemnia nasze spojrzenie. Wkroczyliśmy w erę duchowości zmediatyzowanej przez odbicie, w której realne (a zatem boleśnie dotkliwe i skazane na zapomnienie) jest to, co nie patrzy, czemu wyłupiono oczy. Immunologia kulturowa przybiera postać korekcyjnej, terapeutycznej, optyki. Selfie jest ponowoczesnym modelem suplikacji, jedyną formą kontaktu z wielookim Duchem Absolutnego Wywłaszczenia. Teologia pozostawia swój ślad w erotyce albo traumatyce spojrzenia. Boimy się bezokich manekinów, białe gałki oczne nieodmiennie kodują groźne nawiedzenie, radykalną nieludzkość. Odbicie, ikona, portret to optyczne zestawy do egzystencjalnej kosmetyki: poszerzają sferę ontycznego zadomowienia, zapraszają do transakcji przy – granicznych, translacji cielesnej punktowości na wirtualną nadobecność, opuszczania ciała w kierunku innego, do eks – presji. Ujrzany znajduje się w miejscu patrzącego i emigruje w podzielaną(oną) intymność zewnętrza. Różnica nie musi konotować obcości, staje się okazją do poszerzenia i translacji idiomu na obietnicę szczęścia. Metamorficzna natura sacrum, które z religijnego fenomenu stało się zjawiskiem estetyczno – marketingowym, powoduje, że przeciwieństwo aury i reprodukcji wymazuje się w dobie powszechnie reprodukowalnej auratyczności. Spojrzenie na medialnie rozmytą odległość to proteza intymności, dogodna symulacja spotkania w epoce komunikacyjnego chaosu, gdy spotkania realne są zjawiskiem skrajnie deficytowym.

Ikona niegdyś reprezentowała nieskończoną transcendencję przedstawionego oblicza; selfie to post – ikona horyzontalna, demokratyczne symulakrum inności. Wizerunek sobowtóra, kogoś równie nieznaczącego jak my, niepokojąco pociąga. Ponadto selfie zwykle utrwala istotną trajektorię spojrzenia: ktoś rejestruje auto – kontemplację, auto – erotykę odbicia. Spojrzenie, które ofiaruje sobie, zagarnia przy okazji nas, widzów, pozwala się podejrzeć, podjąć i przejąć. Nie jesteśmy podglądaczami, jesteśmy adeptami seryjnego rytuału tożsamościowej, wsobnej korektury, uczestniczymy interaktywnie w stawaniu – się – twarzą, holograficznej transsubstancjacji. Narcyzm tymotejski, dążący do uzyskania przewagi, do estetycznego utrwalenia istniejącej, ontologicznej lub politycznej dominacji, ustępuje miejsca narcyzmowi mimetycznemu, w którym wszyscy dążymy do afirmacji naszego podobieństwa do wszystkich i do nikogo. W estetyce życia codziennego, której niedłącznym elementem zawsze była idolatria, aspekt normatywny ulega przesunięciu z formy imperatywu w stronę pragmatyki upodobnienia.

Pozorny demokratyzm post – ikony ujawnia swoją hierarchiczną naturę w różnicy pomiędzy selfie a portretem. Portret gwiazdy, która przeważanie patrzy prosto w obiektyw, komunikuje, wbrew pozorom, radykalny brak wzajemności, władczą dezynwolturę spojrzenia, które nie zna naśladownictwa ani wstydu. Kiedy władza polityczna demonstruje na każdym kroku sklerotyczno – infantylną przaśność, kult gwiazd staje się ostatnim schronieniem dla pragnienia deifikacji. Aura seryjnie reprodukowana ma swoje boskie i anielskie serie: jest model naśladowczego pietyzmu wobec tożsamych i bałwochwalcze uwielbienie półboskich innych. Skoro wiemy kto na nas, albo w naszym imieniu patrzy, skoro rozumiemy, pomimo pokusy wyparcia, pokątną logikę naszych spojrzeń, to czy mamy odwagę zadać sobie pytanie o to, kto, albo co patrzy nami?