
Czy można błądzić bez map? Wydaje się, że tylko istnienie mapy otwiera możliwość zagubienia, zboczenia z drogi, zbłąkania. Lęk związany z byciem w niewłaściwym miejscu wynika z istnienia oficjalnych dróg, oswojonych tras, ściśle określonych (prawnie, poznawczo, symbolicznie) metod postępowania (kroczenia, zmierzania, gubienia się). Problem mapy, a więc dostępności synchronicznego schematu logicznie dopuszczalnych szlaków, kartograficznej episteme, zawiera w sobie dialektyczne napięcie. Nawet jeśli wątpimy w możliwość istnienia Mapy Map, przestrzenno – poznawczego Modelu Idealnego, to uznanie jego nieistnienia odbierze naszym chaotycznym peregrynacjom określoność; jak każdy sceptycyzm, czerpią one wszak egzystencjalną zasadność z negowania swojego innobytu. Skoro nie ma mapy, nie mogę nawet błądzić: sama zasada miejsca/bezmiejsca (pojęć takich jak: lokalność, centrum, peryferie) traci jakikolwiek sens. Nie wiem gdzie jestem, ale brak mi zarówno kierunków i drogowskazów, jak też słownika, w którym mógłbym nazwać własne zagubienie. Zagubienie objawia się jako afekt; wzmożona niedyspozycja poznawcza, niemożność nakreślenia pozycji, radykalna eksterioryzacja, przestrzenno/symboliczna alienacja. Jeśli można nakreślić nostalgiczną stałą, łączącą zwycięską nowoczesność z postmodernizmem, to można ją określić mianem tęsknoty za bezpowrotnie utraconą liminalnością. Tęsknocie towarzyszy zarazem, pozornie sprzeczne z nią, przekonanie o ostatecznej, moralnej i poznawczej, kompromitacji pozycji synoptycznej.

Co zaczęło znikać jako pierwsze: mapy czy sprawozdania z podróży? Sformułowane przez Michaiła Bachtina pojęcie 'chronotopu’ dobrze opisuje poznawczą dyfuzję, w wyniku której przestrzeń i czas okazują się tym samym i nie tym samym zarazem. Bez zastosowania okazuje się zasada kartografii, bezużyteczny model opowieści, będący onegdaj niczym innym niż mapowaniem czasu. Publikacje 'Ogólnej teorii względności’ i 'Ulissesa’, kolejno w 1916 i 1922 roku, traktowane jako najbardziej znamienne historycznie odsłony przestrzenno – temporalnej rewindykacji, doprowadziły do trendu, w ramach którego sprawozdania z podróży zmieniły się w opisy upadków na płaskie i niezgłębione dno mapy; upadków nie tylko epistemologicznych, ale również etycznych: od dłuższego czasu, co najmniej od początku trzeciej dekady dwudziestego stulecia, wszyscy zamieszkujemy Ulicę Krokodyli. Podobnie jak bez mapy niewyobrażalny wydaje się ruch błądzący i niespieszno – paniczny, tak w dobie śmierci fabuły sensu nie ma praktykowanie retardacji – postoje w czasie, tak jak obejścia oswojonych tras, są niemożliwe. Przestrzeń i czas tracą na semantycznej precyzji, kodują wzniosłą, bo poddaną zasadzie negatywnej fantastyki, monstrualność. Wszak pojęcie chronotopu obrazuje fantazmatyczną fuzję synchronii z diachronią, zasadę transcendentalnej potworności.

Tradycyjnie pojmowana mapa obiecuje dystans re – prezentacji, logistyczne panowanie, narzuca suwerenny kod, przeistacza wsobny świat w podmiotowo usankcjonowaną rzeczywistość. Twórcy map, stematyzowani w słynnym wierszu Elizabeth Bishop, nakładają hegemoniczną zasadę porządku i demarkacji na ogrom bytu, dokonują 'od – graniczającego naznaczenia’. Liminalność kodowana przez mapy nie ma charakteru religijnego, granice tworzące terytoria nie oddzielają tego, co sakralne od tego, co profaniczne; delimitacja ma prawno – administracyjny a zarazem ontologiczno – ekonomiczny charakter: oddziela to, co należy do uniwersalnej, podlegającej władzy i pojmowaniu, ludzkiej realności od nie – ludzkiego, radykalnie obcego; tego, co 'moje’ od tego, co nie tyle 'nie – moje’, ile radykalne indyferentne wobec prawa własności i możliwości bycia zawłaszczonym. Biorąc pod uwagę historyczne konotacje, można również rzec, że logika od – graniczania i mapowania ma wymiar korsarski, zdobywczy: proto – kolonialny.

Współczesna promocja nomadyzmu wymierzona jest w epistemologiczne uzurpacje rozumu ekspansywnego, który okazał się myślowym reliktem, nie tylko z politycznych i etycznych powodów. Nomadyzm godzi się z obecnością 'nieludzkiego i obcego’ wewnątrz racjonalnych delimitacji, akceptuje fakt, że mapowanie musi mieć niewiążący, prowizoryczny i prowincjonalny charakter. Przede wszystkim podważa pozycję synoptyczno/panoptyczną, deklaruje wolę ucieczki od absolutyzmu. Podmiot ponowoczesny nie jest tułaczem, ale przechodniem: godzi się na ponury spadek w postaci monumentalnych uogólnień i maniakalnych od – graniczeń, ale przestaje opisywać swoją nieskoordynowaną pragmatykę ruchową w kategoriach błędu czy 'zboczenia z trasy’ – sam chód nomady kreśli mapy niezdecydowanych szlaków, mapy szczątkowe i iluzyjne, anty – mapy.

Afirmatywna inauguracja postmodernizmu jest jednak wydarzeniem należącym już do historii źle artykułowanych idei. Nomadyzm zaczął przeglądać się w lustrze negatywności – okazało się że blisko mu do depresyjnego posuwania się, apatycznego kroczenia, zmierzania będącego wycofaniem, dezercją. Brak centralnie asygnowanych map ponadto wcale nie ocalił nas od przestrzennego fundamentalizmu. Klęska świadomości liminalnej, zamiast wyzwoleniem, skończyła się manią wyznaczenia arbitralnych granic, kultem przy – właszczenia, pirackim integryzmem terytorialnym. Nomadyzm który miał być wspólnotowym wypowiedzeniem posłuszeństwa zasadzie suwerenności, stoczył się do poziomu neurotycznego mistycyzmu, podręcznika spersonalizowanej psycho – grafii. Przerażający zew bez- zasadności i poza- światowości, który prześladuje nas nawet w najbardziej ufortyfikowanych przestrzeniach, rzadko kiedy przedostaje się do świadomości zbiorowej; tuszowany jest przez propagandowy idealizm turystyczny. Mapy jednak wcale nie zniknęły, przeszły w stadium intuicyjne i wirtualne. Zanik centrali nie dowartościował peryferiów, sprawił jedynie, że wszystkie miejsca zostały wyjęte spod prawa. Jeżeli historia modernizmu czegokolwiek nas uczy to zasady, w imię której kod własności jest powszechny i niezbywalny. Nauczeni zostaliśmy ponadto, że nie ma terytorium tak opuszczonego i bezpańskiego, żeby nie dało się go przejąć. Opowieści podróżnicze zmieniły swój status: stały się traktatami z ekonomii stosowanej.

Błądzić można tylko pomimo map oraz pomiędzy mapami. W ten sposób nie błądzi się po nieznanych drogach, ale po obcych terytoriach otwartych w samym sercu gruntownie opisanych krain. Mapa nie uczy jak iść, dokąd zmierzać, nie pomaga w orientacji. Przypomina tylko, że nie ma drogi, która nie prowadziłaby zewsząd – donikąd; nigdzie znaczy wszędzie.