
Zanik wyobraźni utopijnej wiąże się ściśle z niską popularnością mentalnych podróży międzywymiarowych. Możność przedstawienia sobie całkiem innego przebiegu spraw wynika z umieszczenia naszych opowieści w trybie ewentualnym. Upieranie się przy radykalnie odmiennym kształcie uniwersum (w sytuacji, kiedy prymat zasady rzeczywistości nad zasadą potencjalności staje się hegemonicznym wzorcem adaptacji) kieruje nas na wydział obsługi światów możliwych. Utopizm jest wszak podejrzewany o imaginacyjny terroryzm, choćby nawet ukrywał się pod osłoną fantastyki. Ruch w kierunku możności jest wszak działaniem, w wyniku którego oficjalna rzeczywistość, nieustannie umacniana dyskursywnie i politycznie, ulega renegocjacji. Aktualność zostaje przesłuchana pod kątem warunków możliwości swojego zaistnienia, a zatem radykalnie przenicowana ontologicznie. Rzadko która, uświęcona zbiorową niezdolnością do refleksji, realność wytrzymuje taką próbę; ukazanie konstytutywnych dla niej sprzeczności, unicestwia oficjalnie zadekretowany brak alternatyw. Biurokraci realistycznego imperatywu są zwykle wiernymi i nieuważnymi czytelnikami Leibniza. Czczą instrumentalny rozum pozytywny, który arbitralność swojego programu maskuje formą zdroworozsądkowego sylogizmu: ponieważ zamieszkujemy najlepszy z możliwych światów, musimy przyjąć za oczywistość, iż inne światy musiałyby z konieczności być jeszcze gorsze. Milczymy zatem, zadowoleni, że jakoś (nawet jeżeli płytko i nieudacznie) żyjemy. Utopia uczy natomiast, że zamiast milczeć, musimy zacząć stawiać pozornie naiwne pytania. Kto pyta z konieczności błądzi: poza normą, poza uświęconym, pragmatycznym szantażem, poza tym, co dostępne afektywnej i symbolicznej utylizacji.

Motyw sobowtóra wprowadza paradoksy utopii i światów możliwych w sferę egotycznej, jednostkowej opowieści. Konstruowane w narracjach auto – graficznych 'ja’ przejawia cechy niepodległego uniwersum, autystycznie wyobcowanego z realności dookolnych. Sferyczny ascetyzm towarzyszący nowożytnej koncepcji podmiotu, wprowadza podwójny rodzaj psychotycznego zakłócenia w pozornie transparentną intrygę samoświadomości. Grozie podwojenia towarzyszy równie dręczące poczucie utraty widmowego bliźniaka, wyobrażonego towarzysza symbolizującego, nieskażoną dramatem rozwoju i ciągłych kompromisów, pełnię bytu. Sobowtór zjawia się w dwóch trybach modalnych: albo jest mną z innego czasu, nie tyle z przeszłości albo przyszłości, ile z eonu zapoznanych możliwości, w którym inne kształty mojej egzystencji zostały zrealizowane, albo jest jedynie moją fizyczną repliką, w której wykształciły się odmienne cechy i sposoby bycia. W pierwszym wariancie sobowtór snuje się za mną jako przypomnienie albo przestroga; krzepi moje przekonanie o słuszności dokonanych wyborów, bądź też ukazuje mi dogłębną pustkę i fałszywość dotychczasowego życia. W drugim, mój fizyczny bliźniak jest zarazem moim zastępcą, następcą, zmiennikiem: przejmuje moje życie i boleśnie je remodeluje; odnosi sukcesy tam, gdzie ja od lat ponosiłem klęski, traktują go jak swojego ci, którzy wcześniej mnie ignorowali, bądź traktowali z pobłażliwą wyższością. Obydwa modele, ukazując mi innego mnie, albo innego o mojej twarzy i nazwisku, sprawiają, że sam, z narastającym przerażeniem, zaczynam wątpić we własną oryginalność i realność, w trafność dokonywanych od zawsze, i do tej pory niezawodnych, autodeskrypcji. Kto tu jest czyim sobowtórem? I czy na nas dwóch seria się kończy? A może nie ma dwóch modeli narracyjnych i istnieje tylko jedna dopuszczalna epifania sobowtóra: inny toż – samy ze mną, ale zarazem radykalnie inny, bowiem poddany odmiennej tresurze. Światy to systemy znaczeń składające się z heterogenicznych komunikacji, spajanych ciągiem milczących presupozycji. Nawet dwóch genetycznie i nominalnie jednakowych osobników umieszczonych w dwóch różnych sferach znaczeń, ulegnie odmiennemu trybowi spaczenia, stworzy radykalnie odróżnialne podmiotowości. Inny trening, inny tryb języka i temporalizacji; mój sobowtór jest mną w lustrze innej historii, innej dyscypliny biograficznej. Różnić nas może drobny szczegół, pojedynczy wybór, który wyjął mnie z przestrzeni mojego życia i stworzył jego, uczynił niedoszłym do skutku mną: inne nastrojenie, inna modalność wrzucenia – w – świat. To nie osoby tworzą światy, to nie światy tworzą osoby; mamy do czynienia raczej z pętlą wzajemnego warunkowania, genezy, tresury i oswojenia. A może część niewygody związanej z obecnością sobowtóra wiąże się z jego charakterem majaku, granicznego urojenia? Chodzi nie tylko o to, że pojawienie się przede mną innej wersji mnie jest widomym znakiem psychicznego rozpadu (w jaki sposób taki rodzaj szaleństwa miałby się różnić od szaleństwa związanego z samym byciem określoną, obdarzoną losem, zdeterminowaną historycznie jednostką); raczej o to, że jego widmowość poświadcza fantazmatyczną naturę każdego radykalnie utopijnego wariantu egzystencji. W utopii tkwi bowiem coś rozpaczliwego, pewnego typu dławiąca trzeźwość u kresu wybujałych gestów wyobraźni; potwierdzenie, że ani życia, ani świata zmienić się nie da. Życie i świat wyłaniają się w niepozornej chwili arbitralnego wyboru i nie ma znaczenia, czy został on dokonany przez nas, przez innych, czy w ogóle odpowiada za niego jakakolwiek pojedyncza albo zbiorowa intencjonalność. Stworzenie/upadek świata sprowadza się najczęściej do bezmyślnego potwierdzenia. Zawsze jest jakieś tak oraz pusta, nieokreślona przestrzeń, rozmywająca się z każdym kolejnym krokiem i gestem, z każdym kolejnym potwierdzeniem, zaprzeczeniem albo zamilknięciem. Kto mówi nie, kto mówi tak, kto milczy a kto zadaje pytanie, kto składa ofertę, otwiera świat? Nie sposób stwierdzić. Czasami utopią jest odmowa.
