
Kultura oparta na przyjemności wymaga treningu w inkluzywnym i wszechogarniającym sybarytyzmie. Psychoanalityczne pojęcie jouissance opisuje moment, kiedy przyjemność i ból stają się nieodróżnialne, a symboliczne narzędzia bezpieczeństwa kapitulują wobec bez – woli zatracenia. Popkulturowa mania na punkcie złych ludzi oferuje podwójny wyzwalacz brudnej rozkoszy: uwielbiamy aktywować naszą moralną wyższość i uwielbiamy momenty, w których zostaje ona skompromitowana przez fascynację. Czasowość fascynacji wyrywa nas z monochromatycznego przymusu racjonalnego dawkowania doznań: unieruchomieni przez niepokojąco podniecający obraz, zamieniamy się w kataleptyczne, nieumarłe stworzenia, lodowate gałki oczne wyrastające wprost z chłodzonego moralną, estetyczną entropią mózgu. Wpatrując się w potwora zamieniamy się w uber -podglądaczy, kopiujemy i przenosimy quasi – demiurgiczną kontrolę, jaką psychopata sprawuje nad ofiarą na wyższy poziom: my, niewcielone spojrzenia, stajemy się niczym perwersyjny stwórca, który z mieszaniną nudy i podniecenia, podpatruje na przedśmiertne konwulsje swoich białkowych kukiełek. Obsceniczność, zdaniem Baudrillarda, to widzialność pozbawiona głębi i celu – morderca i ofiara uczestniczą w spektaklu widzialności absolutnej, bez kulis, sensu czy perspektywy. Hiperrealna nad- widzialność, w wyniku której, dokumenty true crime i slashery przestają się od siebie odróżniać i zmieniają się w podgatunek przemocowej, przesyconej nadgniłą, szczątkową ideologią, pornografii śmierci, oferuje doznanie innego rodzaju afektywnej kontroli – mogąc być jednocześnie sprawcą i ofiarą, wszechmogący widz kolekcjonuje rekwizyty i obrazy, mentalne umocowania, zworniki fantazji, swojego naczelnego fantazmatu, dzielonego z każdą symbolicznie zdeprawowaną istotą pragnącą. Georges Bataille maksymę owej fantazji ostatecznej wyraził w prosty, acz zawrotnie nieintuicyjny sposób: ,,radość w obliczu śmierci”.

Zarówno teologia jak i pornografia przeżywają kryzys odniesienia – modły i spazmy ukazują jedynie bezcelową, repetycyjną rytualność; zarówno misteria jak i orgie przypominają żmudne lekarskie kontrole, podczas których sprawdzana jest nasza zdolność do doświadczeń granicznych. Pogrążeni w nieskończonym marazmie, obrazy nieba i piekła traktujemy jako przestarzałe fabuły dla bezsennych, analgetyki dawno wycofane z użycia – w pragnieniu pobudzenia czymkolwiek, marzymy o bezpowrotnie utraconej możności profanacji – w świecie w którym nawet apokalipsa nikogo nie porusza, w świecie dojmująco wyzutym z niespodzianek, przedmiotem marzeń jest możliwość czynu, jakiegokolwiek czynu mogącego mieć znaczenie. Seryjny zabójca ze swoim pragmatycznym, apatycznym bestialstwem jest awatarem naszej zblazowanej, przebodźcowanej woli zmiany – która okazuje się inną maską dla bezkształtu, dla wchłaniającej wszystkie językowe i uczuciowe fikcje próżni, emocyjnie wybrakowanej, stężałej pośmiertnie, wyobrażeniowej magmy. Morderca jest pustką o zwodniczo ludzkiej powierzchowności, Obcym Uniwersalnym, zmuszającym nas do rewindykacji mitu naszej podmiotowej integralności. Czy nie czujemy się czasami zespołem popędów i aktów – ciągiem pobudzeń i reakcji obdarzonym imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu? Zabójca to często zmaterializowana skuteczność, byt proceduralny zredukowany do woli uśmiercania, zoologiczno – wirtualny duch inności ze zeksterioryzowanym, protetycznym wnętrzem złożonym z testów psychologicznych, gotyckich podań o dziecięcej traumie, katalogów wykroczeń; postdarwinowski automat adaptacyjny, jednostka doskonale, dogłębnie, straceńczo przystosowana do gatunkowych imperatywów prze – życia. Nieludzki/arcyludzki potwór inicjuje to, czego sami z tęsknotą i obrzydzeniem wyglądamy – wzbudza parodystyczne, groteskowe poczucie sakralnej odświętności, ubogi karnawał upodlonych zmysłów, wirtualną, szarą mszę – jedyny ślad po wzniosłości w świecie skamieniałego afektu i przecenionej, dietetycznej moralności.

W epoce, w której każdy nosi przy sobie niczym znak przynależności do tajemnego, elitarnego bractwa, pamiątki po wyśnionych traumach i połowicznych transgresjach, morderca rysuje ślad pozahistorycznego przekroczenia – wyjścia z przestrzeni fenomenologicznie rozumianego współodczuwania, z przymusu traktowania naszych bliźnich jako podobnych nam, obdarzonych podmiotowością jednostek.W kartezjańskim eksperymencie myślowym, badającym jak by to było, gdybyśmy postrzegali innych jedynie jako organiczne maszyny, tkwi coś nieznośnie pociągającego, niczym w opisie działania cudownego narkotyku, wyzwalającego nas spod działania międzyludzkiej grawitacji. Nasza emocjonalna nad – aktywność przy rzeczywistej bez – woli, nieskoordynowany, nie dający się poddać racjonalizacji afektywny śmietnik popkulturowej, informacyjnej indoktrynacji, wydaje się dominantą naszego cieplarnianego, mdławo bezpiecznego entuzjazmu. Ongiś tragedia pozwalała w zmediatyzowanej, estetycznie komfortowej sferze doznać litości, trwogi i pojednania; dzisiaj zamiennikiem katharsis są oburzenie i chorobliwe podniecenie towarzyszące pochłanianiu efekciarskich dokumentów o zbrodniach. Negatywność sprowadzona do ludycznej innerwacji, zamieniona w nieznośnie przekoloryzowany spektakl, powraca w doznaniu bezradności wobec rzeczywistej, emocjonalnej i społecznej traumy. Jesteśmy patroszeni, kawałkowani przez nadmiarowe, nie dające się uporządkować afekty, świat jest synonimem wszystkiego, co sprawia ból i naraża na dyskomfort; jesteśmy upodleni zarówno naszą niemoralnością, okrucieństwem, jak i też tchórzostwem i konformizmem noszącymi miana uprzejmości i empatii, nie pozwalającymi na autokontrolę, dającymi innemu całkowitą władzę nad nami. Przymus empatii to często najlepsze narzędzie tortur w rękach naszych bliźnich – niewidzialna, wychowawcza smycz, smycz z kolcami, dusząca nas i ubezwłasnowalniająca. Fantazjując o złu, fantazjujemy o możliwości acting- aut, roimy sny o subiektywnej potędze, o rudymentarnej kontroli. Jest jednak tak, jak głosił Jacques Lacan – nasza subiektywność jest eks-tymna; najważniejsza część nas samych znajduje się na zewnątrz, w innych i w Innym. Pragniemy psychotycznej autonomii, suwerenności absolutnej po to, aby uciec od faktycznej zależności. W czasach przednowoczesnych wizja Boga była kulturowo umocowanym, dostępnym dla każdego, symbolicznym mechanizmem obronnym. Dzisiaj Boga w tej roli zastąpił diabeł. Im bardziej ludzki, im bardziej lustrzany, im mniej odróżnialny od nas samych, tym lepiej.

Jak głosi Jeffrey Jerome Cohen, potwór stanowi materializację granicy, pomaga w mapowaniu inności, doskonali narzędzia asenizacji, oddzielenia tego, co wewnątrz, od tego, co na zewnątrz. Jednak paradoks homo sacer i suwerennego wyjątku opisywany przez Giorgio Agambena, prowadzi do wniosku, że operacja symbolicznej ekskluzji nigdy się nie udaje – często potwór pozwala nam ujrzeć naszą własną potworność, nieludzką Rzecz, zalegającą na dnie naszej podmiotowej struktury. Narracje literackie i filmowe pozwalają na dwuznaczną przyjemność wyobcowującego rozpoznania. Morderca jest Innym Innego, który uczy zarówno nieludzkości, jak i człowieczeństwa. Uświadamiając sobie skrajną transcendencję nieludzkiego innego, poznajemy nie dającą się oswoić, nie – ludzką część każdej podmiotowości. To jednak tylko hasłowe racjonalizacje, bo sami nie wiemy do końca, czego szukamy w opowieściach o seryjnych zabójcach, w drobiazgowych sprawozdaniach z mordów, w stenogramach procesów karnych i rekonstrukcjach krwawych rytuałów. Jeśli chodzi nam o wyzwolenie, to o jakiego rodzaju wyzwolenie, wyzwolenie od czego, albo ku czemu? Co aż tak bardzo nas dręczy i wywłaszcza, że śladu autonomii wyglądamy w wizjach suwerennej przemocy? Czy chodzi o nadmiar władzy, czy jej nieusuwalny brak, sytuację w której kontrola stała się wszechobecna i mikroskopowa, a zatem wyparowała w nieustannym, paranoicznym auto – nadzorze? Być może tęsknotę za transcendencją zastąpiła tęsknota za ostateczną apatią: modlitwa – skecz, pusta afirmacja pomiędzy atakami śmiechu.