
Śledztwo, rozpoczęte dawno temu, trwa nadal. Tryb śledztwo nabiera cichej permanencji. Podwójność naznacza odtąd nasz odbiór pokawałkowanego świata; w codzienność, w rytuały, spotkania i rozmowy wkrada się wymóg chłodnej rejestracji, dystans zaczyna naznaczać wszelkie gesty i wymiany, obcość przestaje być incydentem, ponurym epizodem, ale tworzy stałą dyspozycją egzystencjalną. Jako widmowi detektywi, połowicznie widzialni aktanci śledztwa, wystajemy na zakurzonych korytarzach, dobijamy się do wiecznie zamkniętych drzwi, czekamy w poczekalniach, obracając między pokrytymi nikotynowym nalotem palcami, spoczywające w przepastnych kieszeniach niemodnych płaszczy, dowody naszego, cudzego, niczyjego życia: pudełka zapałek, karteluszki z adresami, kieszonkowe wydania kryminałów, bilon i wymięte bilety. Czekamy i obserwujemy, wyglądamy, patrzymy: odwiedzamy wielkie biurowce, poczekalnie w bankach i urzędach, bary chlubne i mniej chlubne, wnętrza mrówkowców i post-secesyjnych kamienic, ogródki działkowe i przestronne hotelowe lobby, dworcowe podziemia, w których kwitnie handel pocztówkami, kasetami, kolorowymi i zupełnie wyblakłymi magazynami; wszelkiego typu zwiewną, rustykalną konfekcją. W tych wszystkich miejscach, przejściach, miejscach granicznych, miedzy – wymiarach, gdzie dekoracje jednego zamkniętego, zasklepionego w swojej sztuczności świata wymieniają się na inne, napotykamy bliźnich, anonimowych i niepozornych jak my, argonautów nudy i bezsenności. Nie rozmawiamy, nie wymieniamy pozdrowień; przyglądamy się sobie z daleka. Nasze imiona i biografie są równie puste jak nasze twarze, na których nie znajduje wyrazu nawet niecierpliwość. Wszak śledztwo przygotowuje nas na brak satysfakcji, uświadamia nam widmowość celu; do czegokolwiek dążymy, jakąkolwiek sprawę chcemy doprowadzić do końca, zbłądzenia, przestoje, klęski i bolesne ciosy nie odwiodą nas od niego bardziej, niż złudna niecierpliwość. Czasami logika śledztwa każe nam przestąpić próg jakiegoś gabinetu, mieszkania, wejść bez zaproszenia na zamkniętą imprezę. Rozmowy, które wtedy odbywamy, to wymiana językowych klisz, żonglerka komunałami do których przytwierdzone są nadmiernie wyraziste persony, ucieleśnione reprezentacje skomplikowanej sagi obyczajowej, rodzajowej farsy albo męczącego snu. Ponieważ jesteśmy obcy, żaden język nie jest nasz, jesteśmy skazani na ciągłą translację, na męczącą pracę przekładu, wiedząc z góry, że istota zastanie zagubiona w tłumaczeniu. Słowa, które słyszymy, zwroty, które nas indagują, nabierają materialności obiektu, rzeczy wyobcowanej z wszelkiego wyobrażalnego użycia, wsobnej i opornej. Wyrazy stają się pretekstami do chłodnej obserwacji, podobnie jak imitujące emocjonalny tumult twarze i sylwetki; sylaby i środowiskowe źródła zwrotów i klisz studiujemy z równie bezosobową uwagą jak osobliwości ubioru, gestów i zachowania. Skoro my sami jesteśmy cytatem, podróbką, postacią wyciętą z jakiegoś dawno zapomnianego filmu, to nieustannie nastręczający się Socius wraz ze swoimi reprezentantami, również jest cytatem, nawrotką, bezkrwistą wycinanką. Osoby są emanacjami światów, zasklepionych w swojej bezsensownej, niedbale pokolorowanej trywialności: światów – monad, z których jesteśmy wykluczeni i którym możemy się tylko przyglądać z nieskończonej, bez względu na fizyczną bliskość, dali. Jeżeli nasze bytowanie w post – historycznym późnym kapitalizmie określić przez afektywny przymus aseptycznej, nabywczej ekstazy, to celebracja depresyjnej nieprzystawalności, oznacza zarówno ominięcie widzialnych i niewidzialnych wymogów uczestnictwa, jak i formułę szaleńczo niepozornego sprzeciwu. Wieszcz i Rewolucjonista to patetyczne, skazane na groźną śmieszność figury. Kłamliwie wzniosła, leksykalna przemoc, za pomocą której ich nie – umarła impotencja próbuje wpisać się w inercję zbiorowości, jest uzurpacją najbardziej groteskową z możliwych.

Niczego o nas nie ma w Konstytucji. Konstytucja jest emanacją Jednego, próbą wpisania zbiorowości w prawnie i politycznie usankcjonowany kod relacji. Problem polega na prawomocności i skuteczności takiego procederu. Niemożność Wydarzenia inauguruje epokę rozdźwięku i roz – związku, umacniania monad, uniwersów o twardo określonych granicach, ekskluzywnych mikrokosmosów z własnymi, pokątnymi legislacjami i regułami współżycia. Po rozpadzie Wielkiej Opowieści trafiamy do lombardu przeterminowanych rojeń, otwiera się przed nami apokaliptyczny skansen, ciąg korytarzy prowadzących do innych korytarzy, animowanych jaskrawym, pulsującym mrokiem, identycznych drzwi (nie)otwierających się na wnętrza z różnych epok i reżimów stylowych. Poszczególne odsłony tej samotnej, zatomizowanej zbiorowości, nie tylko nie łączą się w całość, ale są impregnowane na ,,zagraniczną” komunikację, są wzajem na siebie nieprzetłumaczalne. Jest to mnogość bez jednego: nie ma Metajęzyka, Uniwersalnej Narracji; Wielki Inny nie istnieje, po zabitym i zakopanym Ojcu nie pozostał nawet ślad. Nie sposób już wyobrazić sobie sposobu na zszycie tych wyosobnionych elementów, religijne i narodowe zaklęcia nie są w stanie tego uczynić; dawno pozbawione życia kolektywy wysyłają swoich bladych emisariuszy z naręczami ankiet i ulotek, straszą ofertami przynależności do dawno rozwiązanych bractw, próbują angażować w przedsięwzięcia groteskowo i niezrozumiale poronione. Duch zbiorowy jest widmem wspólnoty, sygnalizuje ekshumację jej wyobrażeniowej spójności, oznacza puste i administracyjne przypisanie do niekreślonego zbioru, zboru. Niczego o nas nie ma w Konstytucji, bo nie wyobrażamy sobie już wspólnoty, która mogłaby się do nas przyznać i której my sami moglibyśmy przyświadczyć. Niczego o nas nie ma w również w konstytucjach, nie wspominają o nas klanowe kodeksy i plemienne karty praw. Detektyw, który nieproszony dobija się do siedzib sytych przedstawicieli klasy średniej, który nawiedza ubogie, zaniedbane kawalerki, który wizytuje bogate kluby i siermiężne speluny, banki, dyskoteki i kościoły, jest jedynym powiązaniem pomiędzy rozdzielnymi nieodwracalnie stanami świata i języka. Ponieważ sam do żadnego z tych mikrokosmosów nie przynależny, buduje pomiędzy indyferentnymi uniwersami jedyną więź, jaka jest jeszcze możliwa, paradoksalną unię nie – relacji. Tylko ten, który w każdym towarzystwie jest obcy, może, przenosząc się z jednego środowiska społecznego do drugiego, jakoś te monady do siebie odnieść, przetłumaczyć te kakofoniczne rozplenione dialekty na osobliwą mowę nie – zrozumienia.


Każda oferta ze strony ludzi i miejsc, każda nostalgiczna ułuda grozi korupcją. Detektyw może być podmiotem łącząco/dzielącego oglądu tylko, jeśli odeprze pokusę przynależności, stłumi wolę zakotwiczenia. Alienacja nie jest w tym scenariuszu mroczną przygodą, tragedią która przydarza się komuś wrośniętemu trwale w klany, bractwa i instytucje, ale stałą dyspozycją organizmu zakażonego językiem. Detektyw czyni z pozycji wyobcowania, postrzeganego jako jedyna, nieiluzyjna oznaka wpisania w Symboliczne, z ciągłej świadomości konwencjonalnego charakteru naszych przedstawień i przekonań, boleśnie widzialną, spektakularną formę. Stanowi upostaciowienie wrzucenia w bycie i język. Oferty przynależności, komercyjne, ideologiczne i miłosne obietnice, mogą zapewnić wyobrażeniowy komfort, ale bolesna jaskrawość niezaangażowanego wiedzenia zniknie, niwecząc błądzącą, meandryczną logikę śledztwa. Frederic Jameson w swoim eseju poświęconym twórczości Raymonda Chandlera stwierdził, że czarny kryminał, uwolniony od wczesno – modernistycznego postulatu reprezentowania społecznej Totalności, mógł skupić się na drobiazgowym, hiper-realnym przedstawianiu ludzi i miejsc, uznanych za nieistotne z punktu widzenia epickiego pragnienia reprezentacji absolutnej. Opisy Chandlera noszą w sobie cechy, które formalizm rosyjski uznał za nośniki poetyckości: udziwnienie, defamiliaryzację, wyobcowanie. Detektyw – aktant, wyrzucony poza margines społecznych i symbolicznych obligacji podmiot, gwarantuje percepcję radykalnie nieoswojoną, nieludzką, obdartą z symbolicznych kompensacji. Wyobcowany bohater jest nadczułą, nieludzką kamerą rejestrującą, nośnikiem poetyckiego efektu, który wbrew zwodniczym dyskursom przyznającym poetyckości jedynie autoteliczną formę, stanowi formę przedarcia się przez symboliczno – narracyjne schematy, w kierunku realnego. Nie przez przypadek poezja polska lat 90 – tych, w swoim zwrocie w kierunku realności nie stłumionej przez symbol i gęstą od przedustawnych znaczeń opowieść, właśnie w postaci detektywa z czarnego kryminału widziała współczesne wcielenie poety. Nasuwa to na myśl powieść Roberto Bolano „Dzicy detektywi”, której dwaj bohaterowie, wyobcowani i wybrakowani społecznie poeci, są zarazem tytułowymi śledczymi, nieustępliwymi w tropieniu dróg prowadzących ze strony życia w kierunku literatury i z powrotem. Pomimo swojego wyobcowującego charakteru, śledztwo toczy się w sprawie możliwości spotkania. Andrzej Sosnowski powiedział, że wiersz jest nieudaną schadzką języka i świata. A zgodnie z tym co wyczytaliśmy na kartach naszych ulubionych kryminałów, nużącą codziennością dla każdego prywatnego detektywa są tragicznie zakończone romanse i sprawy rozwodowe.

Mówi się często, że wierszy się nie pisze, że czeka się tylko na ich nadejście. To wzniośle romantyczny i często nieprawdziwy pogląd. Jednak prawdą jest, że codziennością poety – detektywa jest oczekiwanie. W pełnym papierów i kurzu gabinecie, w oparach tytoniowego dymu, pomiędzy jednym łykiem z piersiówki a drugim, detektyw czeka. Zamknięty w stereotypie, w sercu przestarzałej narracji. czeka, aż przez nieprzekraczalne, bo fikcyjne drzwi wkroczy rzeczywistość, albo jakaś mniej lub bardziej zwodnicza jej reprezentacja. Czeka, wiedząc że spoczywanie pośrodku fikcji jest formą śmierci, jest umieraniem następującym nie u kresu, ale na samym progu życia. Wychylony z swojej uśmiercającej fantazji w kierunku życia, pogrążony w bezładnym oczekiwaniu, poeta – detektyw zdmuchuje pyłek z rękawa, odpala nerwowo kolejnego papierosa. Drzwi są otwarte, ale nie ma gwarancji, że ktokolwiek się w nich pojawi, że cokolwiek się wydarzy. Niebezpieczeństwo jest duże, bo detektyw jest żywy, bo detektyw jest osobą, tylko i wyłącznie w wyniku zagarnięcia przez śledztwo. Czas mija, może coś wydarzy.
Czeka. Czekamy.