
dla Gerdy
Wszyscy znamy opowieść o Królowej Śniegu, bowiem już jako dzieci doznaliśmy posmaku utraty. Tym, o czym baśń milczy (każda prawdziwa baśń jest sumą przemilczeń i wycofań, labiryntem pozornych wyjaśnień i paradoksalnych point) jest życie Kaja i Gerdy tuż po tym, jak serce chłopca opuścił lód. Czy za progiem pałacu Królowej nie czeka fundamentalna anty- baśń? Negatywność milczenia i bezzasadnej urazy przywołana przez symbolikę lodowego serca, przekreśla całą utopijną idyllę powrotu i przebaczenia. Stawia pytanie o status negatywności. Hegel pisał, że prawdziwe poznanie i podmiotowość osiągamy wtedy, kiedy patrzymy negatywności prosto w oczy i pozostajemy przy życiu. Czy lodowy dotyk milczenia pozostawia cokolwiek prawdziwie żywym? Jeżeli przebaczenie jest pracą, a walka, niestrudzona i pozornie beznadziejna, Gerdy o odzyskanie Kaja cokolwiek znaczy, na cokolwiek daje nadzieję, to może prawdą są słowa Derridy o tym, że prawdziwe wybaczenie może dotyczyć tylko tego, co absolutnie niewybaczalne, a zatem jest zdarzeniem w sensie ścisłym, wyrwą w porządku kalkulacji i zasadności: cudem. Miłość też podobno jest cudem, tym czego nie sposób obiecać i na co nie da się mieć nadziei. Nadzieja mieści się jeszcze w rytmie eschatologicznej ekonomii, opiera się o przewidywanie i uzasadnienie, a miłość wydaje się czymś absolutnie nie – pojmowalnym, cieleśnie i emocjonalnie skandalicznym. Ujawnia ona przed dumnym podmiotem jego upokarzającą bezradność, a w żelazny przewód konieczności wprowadza zasadę wyjątku. Chłopiec zagubiony na lodowej pustyni, na nic nie mający nadziei, beznadziejnie zatracony pośród klaustrofobicznej samotności, prawdziwy ból odkrywa dopiero w momencie miłosnego spotkania. Lodowa pustka daje wrażenie panowania nad opancerzoną narcystycznie, starannie skalibrowaną egotyczną machiną, nad uładzonym i zamarzniętym w godzinach gorzkich rozpamiętywań, szaleństwem. Kiedy lód się topi, odkrywamy paniczne drżenie nadmiaru, rozkoszy potwornej, bo bezzasadnej; zawrotnie absurdalnej nadziei. Chłopiec nie tyle odkrywa życie po spotkaniu z negatywnością, ile sam odkrywa w sobie pulsowanie ciemnego, przerażającego i pięknego zarazem, ognia. Negatywność i jej przezwyciężenie okazują się wyznacznikami życia w paradoksie i niepewności, czyli jedynego życia, które nie zaprzecza sobie w imię formy, czyli wywłaszczenia.

Podróże Gerdy i Kaja, choć ich trajektorie przynależą do jednej baśni, nie tworzą jednak jednak tożsamej trasy, ich marszruty biegną w opozycyjnych kierunkach: choć destynacja jest wspólna, to jednak zasada błądzenia czyni z nich postaci oddzielone szybą, niezdolne do zabrania głosu, zamknięte w niemocie, w kalectwie niewłaściwych słów i niezgrabnych gestów. Często zdarza się nam zapominać, że duchowe dziecięctwo Kaja i Gerdy, ironiczna niewinność ich zabaw, zostało nagle przerwane przez bolesną antycypację dojrzałości, przez rozrzedzoną zamiecią, narastającą w kurzawie, obsesyjnie uwodzącą melodię tworzoną przez dzwonki mknących w pustce sań. Dźwięk dzwonków narasta z oddali, herold negatywności, trochę przypominający upiorną kołysankę Krzysztofa Komedy z „Dziecka Rosemery” : sygnatura zbłądzenia, zatracenia w mrocznym śnie. Zadymka, mroźna zamieć, podczas której nie sposób złapać tchu, podczas której lodowe odłamki tną skórę policzków i zamieniają każdą próbę zabrania głosu w przytłumiony odgłos na pograniczu próby respiracji, szeptu i bezgłośnej skargi. Po takiej zdradzie jakie wybaczenie? Wydaje się, że przejście przez lód wszystko bezpowrotnie unicestwia, powrót do ironicznej niewinności zdaje się być niemożliwy. Lód zostaje zastąpiony przez ogień; taki ogień, który choć spala, to jednak postawia nienaruszonym. W jednym ze swoich erotyków Rafał Wojaczek pisze o dwójce kochanków, że obserwują siebie z dwóch stron ognia, a każde czeka, które pierwsze wejdzie. Szyba staje się zasłoną z ognia, dzielącą, ale również komunikującą. Skoro nie sposób uniknąć separacji, a wybaczenie jest cudem i wcieloną niemożliwością, to łączące rozdzielenie przez ogień może obiecywać komunikację zranień, bez której pusta i próżna jest komunikacja spełnień. Podmiot, który dotknięty przez lód i płomień, osiąga dojrzałość. Ciała, które przez ból i zagrożenie budzą się do życia. Ogniu krocz za mną.

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień, odsłania to, co umarłe, czyni widzialnym to, co utracone, zaniechane i zaprzepaszczane. Ale również budzi do życia, roztapia lodowe kry. Okrutny, bo boleśnie jawny, solarny i eksplozywny. Okrutny, bo wystawia na wzrok innego, naraża na wstyd, na konfrontację ciała ze słońcem. Jednak ileż to może trwać tak naprawdę, czy sam przymiotnik „najokrutniejszy” nie jest paradoksalną obietnicą? Inne będą mniej okrutne. Wprawdzie często obietnice nie zostaną wypełnione, a utopia roztrzaska się z hukiem o rzeczywistość. Jednak odłamki roztrzaskanej utopi czynią rzeczywistość bardziej plastyczną i gościnną, sycą ją obietnicą metamorfozy. Lód konserwuje, ogień odsłania przed ciałem możliwość zatracenia. Istnieje jednak paradoksalna logika przemiany, która żeni ze sobą zasadę lodu i zasadę ognia. I pozwala na odsłonięcie w świecie rozdzielonych monad i zamkniętych przed sobą, często koszmarnych snów, szansę na inną baśń. Jak patrzeć negatywności prosto w oczy i pozostać przy życiu? Nauczyć się, że przemiana oznacza pozostanie sobą podczas stawania się innym. Przemiana to gotowość na to, czego nie sposób oczekiwać i na co nie da się żywić nadziei. Jak czytamy w pięknym, boleśnie pięknym jak każde piękno, wierszu: teraz jest tak, że mamy blask. Niech już zostanie na zawsze.