Poza


David Bowie in 'The Man Who Fell to Earth’ (Photo by Steve Schapiro)

Zbyt późno albo przedwcześnie – nadejście obcego z konieczności lekceważy oczekiwania widzów. Widzów? Wszak liturgia apatycznej gościnności nie daje się zredukować do widzenia. Jesteśmy światem: ciągiem powiązań pomiędzy rzeczami, ciałami i gestami, jesteśmy wymiarem, w którym zawsze czegoś/kogoś brakuje. Nawet spodziewane nadejście ma zawsze cechy ponurego wstrząsu, zaskoczenia tym bardziej nieznośnego, że nie jest w stanie położyć kresu niecierpliwości, hibernującej w naszych ciałach jak ektoplazmatyczny pasożyt. Rozdwajamy się, w pretensjonalnej inscenizacji, na oczekujących i wyczekiwanych. Zaskoczenie ustępuje rozpoznaniu: czekaliśmy na samych siebie, choć wstrętem nas przejmuje postać przybysza. Zadomowienie było iluzją: czekaliśmy u progu czasu na narodziny. Jesteśmy przybłędami, obcymi których wprawdzie nikt wylewnie nie wita, ale którym nikt nie omieszka wypomnieć spóźnienia.

Rozplenienie obecności, pantomima, ciąg neurotycznych podstawień; dwuznaczne słówko 'poza’, które oznacza zarówno przebywanie w potencjalności poza sytuacją, jak i sposób, w jaki ciało wpisuje się w sytuację: dobór modeli, które należy poddać emulacji, staranną kalibrację ruchów, określenie pola gry, zapomnienie o wiecznym opóźnieniu – gwarancji przegranej. Obcy jest lustrem, w którym przegląda się pustka świata zmęczonego swoim znudzeniem, świata zamarłego w oczekiwaniu na mesjasza, boskiego głupca, uzbrojonego w agresywny infantylizm kozła ofiarnego. Opowieści o spotkaniach z kosmitami tylko pozornie reaktywują mityczną dynamikę hierofanii. Obcy jest bytem wyrzuconym poza prawo wzajemności, tym, którego można bezkarnie unicestwić, podczas gdy nawet mordowanych w regresywnie bestialskich obrzędach bogów, nie sposób tak naprawdę dosięgnąć. W pretensjach do kultowości, każdy nieziemski przybysz chciałby łączyć w sobie cechy bestii i anioła, nie doceniając schizofrenicznej natury zabawy w maskowanie. Przyjmując pozę, oczyszcza własną powierzchnię, doskonali zwodniczą niewidzialność: obcy to ktoś bez rodziny i bez zapachu. Przybranie pozy, naprzemiennie serwowane zuchwałość i spolegliwość, wydają się dobrymi modelami adaptacji do momentu, w którym okazuje się, że to przed obcym, przed pustym ekranem jego wydrążonej istoty, odbywa się gra. Aktor, będący widownią siebie samego, ląduje w centrum labiryntu śmiechu, w roli pociesznego Minotaura, klauna o cechach demona i pogrążonego w demencji proroka. Obrzęd ofiarniczy przeistoczony w festiwal kawiarnianych tortur, zamiast umacniać wspólnotę, wymazuje ją w modowo – mistycznej histerii.

’Poza’ to skafander dla tego, kto przybywa 'spoza’ czasu, zza granicy pomiędzy patosem a śmiesznością. Dystynkcje oddzielające idoli od dziwadeł nigdy nie były ostre, ale w niektórych epokach nieziemskie nawiedzenia zdarzają się nieustannie, ich katalog pączkuje w listy kultowych płyt i książek zbójeckich, imitacja normy zastąpiona zostaje przez trening w eklektycznej i widmowej rebelii. Ciało przybysza ulega kontrakcji, zmienia się w pryzmat, miejsce rozszczelnienia wszelkich urojonych i nazbyt prawdziwych tożsamości. Czy tragiczna choreografia wyróżniającego wykluczenia, pradawnej wędrówki bohatera poza terytorium i prawo, może być zamieniona w międzywymiarową zabawę marionetek, porażająco smutną odyseję patafizyczną? W zwrotności spektaklu wygnani zostaliśmy z własnego spojrzenia, w kłamliwej przejrzystości straciliśmy kontrolę nad ciałem. Długo siedzimy na widowni, odgrywając przed sobą nawzajem komedię niecierpliwości. Kiedy wreszcie się pojawi? – ktoś pyta nagle, potwierdzając, że czas i czekanie od początku były tym samym.


Pin It on Pinterest