
Ktoś, o kim myśleliśmy, że umarł samotnie dawno, dawno temu, jest zarazem tym, kogo poszukujemy w nieskończonym, zapętlonym, śnie. Ów sen jest snem wewnątrz snu, obrazem odbitym w pustym oku bez osoby, albo w gościnnym spojrzeniu bez oka.

Najbardziej dręczące są sny, w których usilnie poszukujemy czegoś, czego nie sposób znaleźć, albo co już dawno zostało utracone w pustym eonie, martwej epoce poza granicami wszelkich snów i przebudzeń. Jak w koszmarnej sytuacji, kiedy spotykamy kogoś, kogo nie możemy spotkać, albowiem już dawno umarł, albo żyje poza granicami możliwego zetknięcia i dotyku. Nasze senne poszukiwanie, upiorne i uporczywe, trwa między dwoma interwałami, między dwoma momentami spotkania, między jednym a drugim widmowym gestem, jakby odmierzając swoją strudzoną marszrutą porcje pustki, jakby krojąc pasywnym uporem kroczenia i podążania przestrzeń pomiędzy dwoma niemożliwymi spojrzeniami. Oniryczna konwencja jest jednak zaledwie zasłoną dla dojmującej realności spotkania; każdy kontakt: zdawkowy, przyjacielski czy miłosny, wyznacza początek nieskończonej podróży w poszukiwaniu ujrzanej i poznanej osoby: jakby chcąc przywrócić jej twarzy obcość, zmazać z niej wszelkie słowa i skojarzenia, oddać ją niepamięci, albo zwrócić jej to, co naszym wejściem w krąg, rozcieńczonej światowym zabieganiem, obecności, zabraliśmy: adwentystyczną nowość, nieskończoność poza horyzontem oczekiwań, poza wszelkim kontraktem i poza uładzonym dyskursem powitań, identyfikacji i oswojeń. Jakby przyjaźń, miłość czy periodyczna towarzyskość stanowiły strukturalną odwrotność żałoby. W żałobnym upamiętnieniu i rozpamiętywaniu posiadamy jako część siebie, jako zinterioryzowany i uświecony Obiekt, osobę, którą utraciliśmy; w spotkaniu chcemy odwrócić akt poznania, spotencjalizować bolesną konkretność Drugiego, utracić go, unieobecnić jego nadmiarową i bolesną obecność. Naszym największym koszmarem zdaje się być nie tyle koszmar utraty, ile koszmar nieuprawnionego i nie dającego się niczym usprawiedliwić, posiadania. Dlatego oniryczna podróż nie musi wcale być drogą przez krajobrazy, czasy i wspomnienia; może być pełnym napięcia oczekiwaniem w pustym pokoju. Wtedy nieskończona bierność oczekiwania nakłada się na wolicjonalny reżim poszukiwania i sytuacje te tracą temporalną specyfikę – przestajemy rozumieć kogo owo oczekiwanie dotyczy, kogo tak namiętnie poszukujemy – nawet jeżeli ktoś się w końcu zjawi w naszym pustym pokoju, nie rozpoznamy go, ba, może nawet nie będziemy w stanie odróżnić przybysza od odbicia swojej uprzykrzonej twarzy w lustrze. Zaczniemy wymieniać pozorne ciosy (shadowboxing) z obrzydliwie i nadmiarnie widzialną stroną nas samych, słuchać, sprzecznych i nie dających się spełnić, imperatywów samozapętlonego afektu. Pokój będzie będzie ogromniał, będzie nabierał wzniosłych, kosmicznych cech, będzie anektował coraz większe obszary zewnętrza. Pokój będzie wszechświatem, choć rozróżnienie na pokój i wszechświat dawno już straci jakikolwiek sens.

Wbrew emocjonalnej i czasowej logice, w przypadku każdej prawdziwie znaczącej znajomości, pożegnanie następuje przed spotkaniem. Czas trwania każdej relacji punktowany jest przez postępy w żeganiu się i rozstawaniu. Widmowa utrata wyznacza miejsce dla drugiej osoby w autystycznym świecie naszych, utrwalonych w lodowej permanencji, wyobrażeń. Utrata jest drugą stroną każdego spotkania, jego bolesną podszewką, wirtualnym pokojem tortur wewnątrz kosmicznego pokoju nieskończonego oczekiwania. To przeszycie przez raniący paradoks nie dającej się oswoić obcości, stanowi osnowę niemego dramatu spojrzeń i gestów, elokwentnego melodramatu półprawd, kłamstw i oszukańczo atrakcyjnych autodeskrypcji. Chociaż nas tam nie było, chciaż nie byliśmy tam obecni, ten ktoś, wybrany albo zupełnie przypadkowy, myślał, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Nasza połowiczna obecność, albo nasza zupełnie skandaliczna nieobecność, była pewną częściu obrzędu, odłamkiem pożegnania; wszak dawno pożegnaliśmy tego, który umarł samotnie dawno, dawno temu. Ale co z pożegnaniem, którego on nie przyjął i zwrotnie nam nie ofiarował, które, nawet jeżeli w jakiś sposób zostało przez nas dokonane, nigdy do nas za jego sprawą nie dotarło, albo dąży do nas, przez zasłonę snu, jak coś co nie mogło zostać wypowiedziane ani napisane, jak przeklęta, odwrócona, wywrócona na nice, wiadomość? Wszak wiemy z psychoanalizy lacanowskiej, że o ile jesteśmy w stanie uchwycić spojrzenie innego zwrócone na nas, jesteśmy w stanie widzieć innego widzącego nas, o tyle nie jesteśmy w stanie usłyszeć swojego głosu w taki sposób, w jaki słyszy go Inny. Możemy być widzialni albo niewidzialni, ale tylko całkowite milczenie gwarantuje nam spoczynek w zwodniczej, wyobrażeniowej pewności klarownych intencji. Nasza własna wiadomość, nasz komunikat, nasz znak nadchodzi jedynie ze strony Innego, we właściwej, odwróconej formie.

Kiedy Inny przychodzi do nas, albo gdy my natrafiamy na niego w świecie zcementowanej powagi dziennych powiązań i interesów, wyprowadzani jesteśmy poza świat, poza kontekst, poza poręczność, usłużność rozpoznań i definicji. Osoba nic nie znaczy, jest użytkową fikcją, kontraktowym awatarem, patchworkiem oczekiwań i środwiskowych kodów, jest powidokiem naszego pragnienia, cienistym bytem który powołujemy do połowicznego istnienia w miejscu pustki. W spotkaniu tak naprawdę liczy się wykroczenie poza osobę, rana komunikacji, o której pisał Georges Bataille, rana rujnąca fikcję podmiotu i osoby, rozdarcie, które umożliwia prawdziwą mowę, prawdziwy kontakt, dotknięcie i dotkliwość. Spotkanie to komunikacja zranień, to nieustanna tortura pełni i utraty, gdzie właściwa strata dotyczy utuczonych wyobrażeniową zapobiegliwością konglomeratów, którym na imię persony. Spotykają się socjalnie umocowane podmioty, animowane i ucieleśnione fikcje, odpowiednio odziane, opatrzone imionami oraz tytułami, ale istota spotkania to abiektalna kontaminacja gestów pozbawionych dłoni i krzyków bez ust. Na tym polega szansa, o której pisał Bataille, na ofiarniczym obrzędzie, na samoookaleczeniu w obliczu rany, którą jest Inny – szansa jest wrzuceniem w pustkę obsceniczych niebios, jest wygnaniem w rozdzierającą intymność. Komunikacja to profanacyjna, skąpana we wzniosłości i upodleniu, komunia, Wymiana bez wymiany, ofiarowanie poza ekonomiczną intrygą daru. Komunia, komunikat, komunikant. Miłość, w myśl popularnej definicji Jacquesa Lacana, polega na dawaniu tego, czego się nie ma, komuś, kto tego nie chce. Wbrew cynicznemu kodowaniu, widać w tej frazie radyklane potwierdzenie bez – interesowaności miłosnego od – dania. Bowiem prawdziwie darować można tylko to, czego się nie ma; to nic, ktorego się nie ma i nigdy nie miało. Obdarować można tylko tego, kto niczego nie oczekuje, kto nie zamierza przyjąć od nas nawet tego Nic, które usilnie próbujemy mu dać. Dar, który nie „liczy na licytację” w formie kontr – daru, dar poza wymianą, która napędza każdy, pozornie bezinteresowny zwrot ku drugiemu. Kochankowie wymieniają się pustką, której nie pragną od siebie otrzymać. Trudno o bardziej zajadły i wywrotowy gest w stronę ekonomicznego paradygmatu wikłającego ludzkie relacje w prakseologiczną racjonalność. Spotkanie to potlacz, miłość to potlacz, wydrążony nie – dar ofiarowany przez nikogo.

Każde pożegnanie jest, w gruncie rzeczy, formą umierania. Zdaje sobie z tego sprawę Philip Marlowe w „Długim pożeganiu”, opowieści, zgodnie ze skandalicznie pięknym tytułem, o pożegnaniu, które nie może się zakończyć, które poprzedza i zawiera w sobie spotkanie, a także kilka niezwykle dotkliwych, dosłownych i metaforycznych śmierci. Człowiek z Czarnej Chaty mówi do agenta Coopera w jednym z odcinków pierwszego sezonu Twin Peaks: kiedy następny raz mnie zobaczysz, to już nie będę ja. Lynch zapewne czytał Chandlera i wie, że w pustym, pustynnym eonie wiecznego pożegnania, które jest inną manifestacją Wiecznego Powrotu, dawno niewidzianego przyjaciela można spotkać ponownie tylko jako kogoś zupełnie innego. Trudno o bardziej ożywczą, otwierającą na równie zawrotną i zwodniczą nadzieję, formę umierania.
Pusty, bezkresny pokój – tam od dawna ktoś czeka; widzimy się?