Spoczynek w zamęcie


Fot. Karolina Pazera

Istotne gesty są z zasady puste i pozbawione sensu. Gesty te zaświadczają, że umocowana zwyczajem, językowym uzusem i lękiem konstrukcja intersubiektywnego znaczenia jest niewydolną protezą świata, anemicznym przybliżeniem realności której, pomimo wszelkich prób, nie jesteśmy w stanie poznawczo i egzystencjalnie, dosięgnąć. Patrzymy na pozornie gładką powierzchnię, która, jako że z natury nie wiemy czym jest inność i jak mapować zewnętrze, zdaje się nam szybą; wreszcie widać wszystko, oto nasze okno na drugą stronę, protetyczne oko, szklana, pusta kula zapośredniczonego spojrzenia rzucona w bez – miar niezrozumiałego. Szyba – oko, soczewka zasłania swoją pośredniczącą, mediującą naturę, ostentacyjnie usuwa się z naszej uwagi, staje się poręcznie nieistotna, niezauważalna. Szybko jednak okazuje się, że nie ma nic poza nią, a to, co zdawało się przejrzystością i lśnieniem, jest kumulacją zaciemnień, serią nałożonych na siebie warstw zaskorupiałego brudu, złogów, nagromadzonych w przeciągu pustych sezonów, pozostałości innego życia i przez inny czas gromadzonej martwoty. Nie tylko nie ma nic poza szybą, ale i nas patrzących w nią, i wypatrujących przez nią, nie ma; to co wydawało się naszym odbiciem, refleksem na szybie, było jedynie odśrodkowym grymasem zaskorupiałej powierzchni. Wpatrywanie się w zacieki, plamy, w hiperrealną, a przez to widmową materialność, przyprawia nas o zawrót głowy, nie jest to jednak odurzenie kosmicznym, wzniosłym ogromem – jest to ogrom bezsensownej, mdlącej nadmiarowości tego, co powinno być niepozornie spolegliwe: zaciek na suficie z „Kosmosu” Gombrowicza, karaluch z „Pasji według G.H” Clarice Lispector, korzeń drzewa wywołujący mdłości u Roquentina. Niedostępny jest nam wszak, w naszej post – heroicznej, cynicznej epoce, egzystencjalny i artystyczny patos tego doświadczenia; niweczy nas groteskowa niedorzeczność, literacko i filozoficznie wyeksploatowanego do cna, stuporu: pod marsowym skupieniem czai się możliwość ekstatycznie bolesnego śmiechu, śmiechu z dna ciała, w którym okazuje się, że nieświadome i cielesne bez przerwy myśli, nawet wtedy, kiedy my orbitujemy smętnie w depresyjnym autoerotyzmie glątwy, skompromitowani bzdurnością zarówno poznania jak i idiotyzmem ciągłego konstatowania i parafrazowania jego bzdurności. Nietzsche pisał o uwodzącej mocy powierzchni, o potędze naskórkowego pozoru, mniej, z przyczyn zapewne terapeutycznych, pisał na temat paraliżu w obliczu zasklepionego, inercyjnego cielska świata, o poczuciu bolesnego zwiedzenia przez pozór, albo o dławiącym uświadomieniu, że symulacyjny pozór jest równie ciężki i porażająco inercyjny jak rzeczywistość, o ile, z powodu lenistwa albo zniechęcenia, zdecydujemy się podtrzymywać wiarę w różnicę między rzeczywistością, a pozorem.

Fot. Olga Rembielińska

My, dzieci blokowisk i małych, zapomnianych przez urok miasteczek i mieścin, jesteśmy specjalistami od estetyzacji brzydoty, nadbudowywania nad nią zwodniczo atrakcyjnych uzasadnień. Świadczy to nie tyle o niewierze w świat, ani o eskapizmie, ile o zaczadzeniu nadmiarem świata, którego nie jesteśmy już w stanie odróżnić od emocjonalno – estetycznych wykwitów przemęczonej wyobraźni. Tym bardziej, że brzydota i abiektalność dzielą z pięknem swoją afektywno – iluzyjną dynamikę. Realność nigdy nie jest przesadnie piękna, ani brzydka – rozpuszcza wszelkie kategorie w niezdeterminowaniu, w bylejakości, w braku zwieńczenia, w niemożności domknięcia. Pokazuje to pustkę i życzeniowy charakter samego słowa „świat” – sugestia całości i zamknięcia zawsze musi ulec dementi ze strony fragmentaryczności, przygodności i bezsensu. „Świat” to zamiennik absolutu, organizująca myślenie regulatywna fikcja, której nie możemy używać bez ironicznego nawiasu. To nie rozpacz jest najbardziej przerażająca, to nie depresyjne przygwożdżenie przez potworność materii stanowi punkt zero wypraw poza sens; wtedy możemy się jeszcze ratować quasi – heroicznym patosem samotności ontologicznej i stratyfikującymi wezwaniami do „męstwa bycia”. Najgorsza jest bytowa bylejakość, średniość, zamulająca i zamrażająca powagę każdego początku i definitywność każdego końca, upokarzająco szara pragmatyka codziennego „i tak dalej”. Złogi, brud i nieprzejrzystość nie są efektem katastrofy, nie są pulsowaniem kresu: to ślady wieloletniej niedbałości, relikwie nie – uwagi, pokłosie skumulowanej nieważności i nieporęcznej kanciastości. Nie – całość ontologiczna, to nie tyle skutek czasowego zawieszenia, ile faktu, że realności (za Lacanem musimy ją odróżnić od rzeczywistości, która jest symboliczno – wyobrażeniowym asamblażem) nie sposób wiarygodnie wpisać w żadną narrację: naukową, artystyczną czy filozoficzną. Realne jest tym, co przeszkadza, co zawadza, co upośledza każdą semiozę i każdy ruch narratywizacji i ikonizacji – to wirtualny grymas nadmiarowej, asemantycznej gęstości poza słowem, bezzasadnej konkretności rozsadzającej każdy obraz.

Fot. Olga Rembielińska

Utożsamienie rzeczywistości z sensem jest właściwie tautologiczne; aczkolwiek uprzytomnienie sobie tego, musiało wywołać wstrząs tektoniczny w kulturze, na trwałe związując ontologię z teologią, co wcześniej wydawało się anachroniczną prowokacją. Każdy ontolog zdaje się być intrygantem Sensu – z całą dwuznacznością słowa „intrygant”, w którym widzimy zarówno oburzająco cyniczną fabulację, jak też wynikłą z nudy wolę początku, pobudzenia bezbrzeżnej inercji przez sztuczność. Baudrillard pisał o bezsensie symulacji suponując, że to Sens jest jej matrycą, naczelnym, odwiecznym Symulakrum. Pokątny, zakulisowy charakter intrygi staje się wyraźniejszy, kiedy ujrzymy jej ironiczny charakter. Paul de Man nazywał ironię za Schleglem „permanentną parabazą teorii tropów”, co oznacza osobliwy efekt sceniczny, polegający na rozbiciu przedstawienia ( w tym kontekście retorycznie sfabrykowanej iluzji odniesienia) przez odesłanie poza scenę, uświadomienie ograniczoności sceny, uczynienie spektaklu spektakularnym. Ironia jest symulacyjna par excellence, można nawet powtórzyć za Baudrillardem, że symulacja jest ironiczną samozwrotnością znaku, momentem parodystycznego dementi w samym, pozornie czysto konstatującym języku. Sens przenośny poprzedza sens literalny, co swoją zwierciadlaną, performatywną alogiką wskazuje na intrygancką, performatywną właściwość wszelkiego znaczenia. Nawet w opisie, w czystej deskrypcji główną rolę odgrywa ustanowienie, akt rytualnej konsekracji – co jedynie pozornie zdaje się być przeniesieniem idealizmu na język. Tak naprawdę otrzymujemy wizję zautomatyzowanego symbolicznego uniwersum, przestrzeni arbitralnej gry, opartej o puste, absolutne znaczące, cementujące wsobną logikę systemu. Zasada odzwierciedlenia zastąpiona zostaje przez zasadę konwergencji – a Efekt Sensu podlega ironicznej umowności. Podobnie jak Bóg stanowił zasadę Prawnego i Retorycznego, podobnie po powierzchownym spektaklu sekularyzacji potrzebujemy Sensowności i Rzeczywistości aby ukryć arbitralność naszych autotelicznych gier w słowa i instytucje (czasami, nad wyraz boleśnie powtórzymy za Foucaultem, jest to jedno i to samo). Każdy zwrot w kierunku narracji sygnalizuje ukrytą wiarę, trwanie kultu najlepiej daje się wyczuć w redukcyjnym ruchu eksplikacji, w pobożności dowodu. Klasyczna powieść detektywistyczna to fabularyzowany traktat dowodzący istnienia Boga. Prawdziwy ateizm polegałby nie tyle na jakimś błogim spoczynku w immanencji – zamiana inteligentnego, momentami realnie pięknego i poruszającego kłamstwa na rześką głupotę nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem – ile na odebraniu sobie prawa do osądzania zdarzenia, do stemplowania go Symbolicznym, Reprezentacyjnym – w zasadzie: Paranoicznym.

Fot. Karolina Pazera

Powlekająca wszystko szarość nieustannego trwania poza chronologią, kalendarzem i opowieścią, trwania upiornego i upartego, nicuje każdą poważną refleksję nad ostateczną zasadą, każe zwątpić w intelektualną czystość „woli zapytywania”, która zawsze przegrywa z „wolą szansy”. Skoro pytanie o arche ustanowiło przygodę myślenia, zapoczątkowało teologiczną intrygę sensu, to następnym stadium byłoby nie tyle celebrowanie bez – gruntu (wtedy cały czas pozostajemy w obrębie diadycznej, metafizycznej logiki), ile zmierzanie w kierunku radykalnego ateizmu, który preferuje rezygnację z pytań. Prawdziwe zdarzenia, istotne nowości w pękniętym uniwersum, które zna tylko powtórzenia i powielenia, to nie napędzane wolą głębi speleologie ani symulacyjne intrygi na powierzchni, ile nieoczekiwane wyrwy, wypadki, niwelacje samosterowności znaku przez zawadzającą, amorficzną realność; pragmatyzm fiaska, które wymusza renegocjację pojęcia odniesienia i re – aranżację zarówno granic języka, jak i jego widmowego symulakrum zwanego Rzeczywistością. Rzeczywistość nie zasklepiona w teologicznej statyce Uniwersalnego Znaczenia, to rzeczywistość poddana nieustannej korekcie, interrogacji przez Realne. Musimy pozwolić sobie zarówno na nudę, jak i na śmieszność, uczynić z nich filary paradoksalnej estetyki, która uczyni z nas nie tyle kolekcjonerów wrażeń, ile podmioty post – nomadyczne, wyzbyte woli kumulacji i gromadzenia, podmioty ozdrowione dzięki przezwyciężeniu obsesji Archiwum. Wtedy mdlący stupor zastąpiony zostanie przez śmiech. Niespecjalnie afirmatywny, ale i nie maskujący bolesnego skurczu. Śmiech nie dający ocalenia, ale i nie nieotwierający w nas i wokół nas, bolesnej wyrwy, której na imię Bezpowrotnie Utracona Zasadność.

Fot. Karolina Pazera

Nawet jeżeli nasz gest w kierunku zewnętrza jest pusty i absurdalny, musimy go, napędzani wsobnym uporem, ponawiać w nieskończoność. Kiedyś, jeśli będziemy mieli szczęście, może na moment terror czasu ustąpi i w pustej ciągłości nieistotnych zdarzeń otworzy się nawias. Nasz gest spocznie poza ruchem i następstwem, zastygając w wirtualności. Jeśli możliwe jest ocalenie, to tylko takie: nieważki interwał w nieistotnej intrydze.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Pin It on Pinterest