Pieśń i krzyk


Egon Schiele „Autoportret nago”

Mowę, jak powszechnie wiadomo, poprzedza krzyk; jednak bolesność indywiduacji opiera się nie tle na głosie, ile na ciele. Krzyk oznajmia suwerenność, buduje akustyczną sferę, w której mógłby wybrzmieć głos, przyzwyczaja oporną krtań do pasożytniczego zawładnięcia przez słowo. Jednak ciało pozostaje w tyle, porzucone w pokątnej intrydze, snujące swoją upiornie wieloznaczną grę, taniec bez choreografii, na poboczu każdej sceny przygotowanej dla głosu i słowa. Semiotyczna chora, pokawałkowany korpus złożony z czystych intensywności, z pobudzeń i i unerwień, z chaosu i impasu, dystyluje w krzyku inne, zdolne do stania się powierzchnią zapisu, płaszczyzną inskrypcji, ciało wirtualne.

Krzyk jest chaotycznym wirowaniem na pograniczu ciała i pneumy, rysuje kontur osoby w sferze czysto materialnych infrastruktur – jeśli pojęciu duszy przypisywać jakikolwiek sens, byłaby to dusza wykrzyczana, nosząca w sobie opór nieudolnej artykulacji, jękliwą i żałosną dyscyplinę wypowiadania. Wiara w czystość słowa wydaje się związana z dramatycznym wysiłkiem, jaki musimy ofiarować każdej frazie i każdej pieśni. Praca nad czystością wypowiedzianego jest pracą negatywności – opór, który nas zawłaszcza, pustoszy i wyosabnia, który grozi niemotą, który grozi unicestwieniem – mówiące ja, podmiot enuncjacji, rodzi się z nieczystych, pragmatycznych kontraktów, ofiary złożonej przez cielesny, społeczny, przygodny podmiot wypowiadania. Pieśń wymaga daniny z doświadczeń, z cielesnej, intymnej władzy nad pamięcią i wiedzą, jest rodzajem interpelacji najbardziej bezwzględnym, gdyż nie dokonuje jej bezosobowa władza lecz duch perfekcji, nasz nieludzki, demoniczny sobowtór. W figurę demona/geniusza wpisana jest bowiem dwuznaczność: jest to duch który towarzyszy nam od chwili poczęcia, a zarazem idealny model nas samych, łączący w sobie początek i kres. Demon/geniusz jest jednocześnie prześladującym nas upiorem i aniołem stróżem, protoplazmatycznym, widmowo – cielesnym mirażem psychotycznej woli kształtu, wymuszającym na nas niemożliwe do zniesienia ofiary. Często jest tak, że u końca każdego dnia, wypełnionego nużącym zabieganiem i emocjonalną obsceną, musimy oddać funt swojego wyobrażonego ciała pasożytniczemu Aniołowi Formy i Ambiwalencji.

Goya: Saturn pożerający własne dzieci

Odmowa ofiary może się dokonać jedynie w krzyku, w antyśpiewie ciała, które folguje swojemu niezdeterminowaniu. Krzyk jest oznaką dotarcia do granicy, za którą panuje rozpad. Krzyk wyrywa nas z anonimowości bezosobowych pobudzeń, by po chwili znowu strącić nas w chaos bez kształtu i własności. Wszyscy kojarzymy ową paradygmatyczną scenę: ktoś niepozorny, anonimowy, niezauważalny nagle wybucha, osuwa się w chwilowe szaleństwo, zaczyna krzyczeć i nieoczekiwanie, swoim krzykiem, wymusza na nas uwagę, ucieka z limbo niewidzialności, w jakim zamknęło go nasze zaniedbanie. Jest to jednak chwilowe zwycięstwo: po zamilknięciu pamięć o krzyku nie trwa dłużej, niż jego echo w pustej, rezonującej przestrzeni – zostaje pamięć archiwum: medycznych i policyjnych kartotek. Statystyczny przechodzień kończy w niwelującym uniwersum prawno – medycznej biurokracji. Michel Foucault pisząc o nie – mowie szaleństwa, miał na myśli bezskuteczność krzyku i skargi, ich niepowtarzalność, a zatem wpisaną w nie znikliwość.

Pragnienie formy zmusza nas do sięgnięcia po pieśń, a zatem przystanie na faustyczny pakt. W zamian na obecność w pamięci – wymazanie jednostkowości, albo inaczej: wirtualizacja idiomu, oddanie doświadczenia językowi, uczynienie intymności cytowalną. Oczywiście przedmiot pieśni nie ma już nic wspólnego z ofiarowanym pieśni wycinkiem doświadczenia, krzyk zamrożony w pieśń porzuca rodzące go ciało, zapomina o osobie na rzecz nadawcy; semiotyczna wieczność w zamian za osobową śmierć: pragnienie ocalenia przed śmiercią absolutną.

Francis Bacon, Studium do portretu, 1952 r.

Scena kuszenia przez pieśń przypomina opisaną przez Harolda Blooma scenę instrukcji. Musimy jednak pamiętać, że choć scena ta jest archetypiczna i powtarza się od początku czasów, to jej wystawieniom towarzyszą zwykle niepozorne, trywialne wręcz dekoracje. Oto w jakimś miejscu zbiorowo celebrowanej nudy, w zatłoczonej kawiarni albo galerii handlowej, przysiada się do ciebie ktoś szary i obcy, a jednak w trudny do wytłumaczenia sposób znajomy. Zaczyna przemawiać, a jego mowa ma w sobie odwieczność głosu rozlegającego wewnątrz czaszki, głosu znoszonego na granicy myśli i obsesji, na granicy snu i czuwania. Oplata cię ten głos, zaczyna znaczyć więcej niż każda myśl, każdy protest staje się jedynie przecinkiem, wyrwą, interwałem w lunatycznym ciągu monotonnego powiadania. Scena kuszenia staje sceną narodzin, sceną śmierci, sceną symbiozy.

Nigdy nie mamy władzy nad tym, co nas ustanawia. Coś rozkosznie wywłaszczającego zawiera się w geście dobrowolnej abdykacji, w oddaniu władzy, w spolegliwości ciała wobec głosu. Jedynie krzycząc posiadamy siebie, ale musimy zaraz siebie porzucić na rzecz milczenia. W pieśni milczenie oddaje się władzy Formy. Dlatego pieśń rodzi się z utraty podwójnej: przedmiotu i podmiotu. Pozostaje głos, który tylko z wnętrza podwójnej nieobecności może wybrzmieć. Który reprezentuje naszą nieobecność wobec przepastnego milczenia czasu i niepamięci.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Pin It on Pinterest