
Kiedy przekraczamy granicę oswojonych konwencji, lądujemy w kosmosie. Witold Gombrowicz opisywał to doświadczenie w swoim „Dzienniku” snując dziwną i pozornie niezrozumiałą narracyjnie, opowieść o zakupie butów: kupił, przymierzył – okazały się za małe. Poszedł wymienić – również okazały się za małe. Czy chodzi tu o głupotę podmiotu, czy o głupotę bytu? Jak nazwać tę dziwaczną otchłań niezgrabności, bezkształtnej, frajerskiej wstydliwości, z którą zmagamy się na co dzień, ale której nie potrafimy poddać musztrze sensu i teleologii? Czy w melancholijnych mentalnych powtórkach każdego rautu, oprócz wpisanych w nasz magazyn pamięciowy, naszą podręczną proustowską maszynkę, głębokich rozmów i społeczno – plotkarskich rozpoznań, musimy jeszcze narażać się na reminiscencje spazmatycznych torsji w ciasnej galaktyce ustępu, zmierzwionych, dzikich bełkotów przy przepełnionej popielniczce? Czy każdy nosi w sobie rumianego rezonera, błazeńskiego akrobatę żenady, protoplazmatycznego urzędnika rutyny, z zawrotną brawurą serfującego przez własną i cudzą śmieszność na skórce od banana?

Od jakiegoś czasu kultura stała się instrumentem do romantyzacji odmienności. Inność, przebrana w woal konsumenckiej atrakcyjności, traci cześć swojej oburzającej, podziemnej energii. Staje się elementem wystawienniczej logiki kapitalizmu, towarzyszy jej kolonialna rozkosz obcowania z dziwactwami umalowanymi i stosownie upudrowanymi. Jednak nawet literatura popularna zdaje sobie sprawę, że pod aseptycznymi wizualizacjami czai się piekło żenady. Wystarczy przypomnieć sobie opowiadanie „Flaki” Chucka Palahniuka. Takie przedstawienia pozwalają sobie na badanie tego, czego eksplorowania kultura skutecznie powinna nam wzbraniać: wstydu tak palącego, że niedającego się wyznać. Nieświadomość ustrukturyzowana jest jak język; ale nawet w bełkocie nieświadomego ujawniają się momenty granicznej niestosowności, niczym liszajowata, biaława wysypka wykwitła na miejscu tak intymnym, że aż zewsząd widzialnym. Nie ma miejsca na prywatność we wstydzie: on jest spoiwem, łączem; tworzy między uwikłanymi w nieczyste (aż proszące się o zapomnienie) ceremonie kretynizmu i upodlenia, więź niemal rodzinną.

Każdy z nas hołubi w pamięci bolesną ranę pierwszej żenującej imprezy czy niezgrabnego pocałunku po koncercie lokalnej kapeli i nasiadce z tanim trunkiem. Jednak bardzo często jest to pamięć nawykowa: jakby w samym centrum naszej podmiotowej farsy czaił się przerażająco witalny chłystkowaty idiota o przetłuszczonej skórze, rybiooki, upiorny sobowtór przedrzeźniający każdy nasz krok pokrętną alogiką swego wsobnego dreptania. Potrafimy celebrować i normatywizować klęski miłosne, ale co z randkami utopionymi we wstydzie kiepskiego stroju, niewłaściwych słów, farsowej licytacji na kanciastą ludyczność? Co z miłościami tak niewłaściwymi, jak umiłowanie bohatera gombrowiczowskiego opowiadania „Na kuchennych schodach” do niezgrabnych łydek? Czy w pochodzie ujawnień i przyzwoleń zapomnieliśmy o tabu rówieśniczego nacisku, o groźbie szydery, która wypełnia naszą mimetyczną admirację dla okazałych i wygodnie umoszczonych we własnej płciowej i klasowej tożsamości Innych?

Avital Ronell w swojej książce „Stupidity” dowodziła, że głupota rozgrywa się na przecięciu ontologii i dyskursu. Nadmiar inercyjnego bycia sprawia, że dystynkcja pomiędzy poziomem wypowiedzi a poziomem wypowiadania, przeistacza się w tektoniczne pęknięcie. Wtedy widzimy, że słowa nie są performatywnymi generatorami społecznego uzusu, ale elementami źródłowej niejasności, wpisanej w pragmatykę współ -bycia. Michał Paweł Markowski w swoich rozważaniach o gombrowiczowskiej anty – epifanii dowodzi, że w momentach głupoty ujawnia się przed, czy raczej pod, nami czarny nurt rzeczywistości, lacanowskie Realne, które musimy pojmować nie tyle jako pierwotną sferę kontaktu ze światem, nieprzysłoniętą kakofonią kulturowych kodów, ile wirtualny grymas na powierzchni oznakowanej, społecznie oswojonej rzeczywistości. Wydaje się jednak, że wstyd, ten sam, który pojawia się w zakończeniu „Procesu” Kafki – „jak pies – pomyślał – jakby wstyd miał go przeżyć” – dotyka czegoś innego, dużo bardziej problematycznego. Bo rzeczywiście wstyd, nasz wstyd, nasze intymno – społeczne znamię, żyje dalej, nawet kiedy my umieramy. Jest to żywa rana, pulsujący organiczny twór, ekstymny psożytniczy symbiot , który stanowi esencję naszej witalności. Synonimem życia jest wstyd. Żyjemy najmocniej nie wtedy, kiedy kochamy, albo kiedy jesteśmy kochani, tylko wtedy kiedy toniemy w poczuciu udręczającego zażenowania sobą, kiedy mamy samych siebie ochotę po tysiąckroć zdradzić, porzucić i sprzedać. Wstydzę się więc jestem; wstydzę się, więc nigdy mnie do końca nie będzie.

Postać creepa zadomowiła się w strefie międzyludzkiej etykiety, której inną nazwą jest psychologia popularna. Rozważania o niestosowności pewnych zachowań, szczególnie mających na celu nawiązanie kontaktu, i tego, co powinno być uznane za żenujące, a co nie, przybiera postać osobliwej dietetyki estetycznej i seksualnej. Tym, co szczególnie rzuca się w oczy, jest nierówna dystrybucja infamii. Są osoby którym z racji wyglądu, statusu majątkowego i społecznego, wybacza się najbardziej niestosowne zachowania, a są inni, którym nie wolno nawet tego, co robią wszyscy. Często za cechy wyróżniające creepa podaje się dziwny wygląd, sposób poruszania się, czy osobliwość emocjonalnej reakcji. Oczywiście nic w tym dziwnego – wszak socius to urządzenie wykluczające, trudniące się produkcją innych, naznaczonych. Na głupotę też trzeba mieć pozwolenie – kretynizm ma oznaczenie klasowe i sytuacyjne. Pośród celebrowanych i hojnie opłacanych błaznów, trafiają się zwykli, niewydarzeni idioci, nieopierzeni i wiecznie niedorośli wygnańcy z normy, którym Raj nie tyle został odebrany, ile nigdy ich do niego nie zaproszono.

Jednak creep, jako twór i fenomen społeczny, nie odpowiada nam na nasz problem: kretynizmu zawartego w samym akcie wrzucenia nas w świat, wydania na głupotę bycia. Skoro bycie – w – świecie, jak dowodził Heidegger (w swoich średnich i późnych latach sklerotyczny piewca rustykalno – chtonicznego szowinizmu, swoją drogą), wiąże się z wyjściem w nie – skrytość, w upokarzającą jawność oświetlenia i bycia widzianym, to wstyd jest stygmatem skończoności. Niewierny uczeń niemieckiego filozofa, Sartre, w swych głębinowo – pokrętnych analizach wstydu, dowodził jego związku z okiem innego, niedającego się umiejscowić i patrzącego zewsząd. Wszak pojęcie Wielkiego Innego stworzone przez Jacques’a Lacana odsyła do sfery wszechwidzącego oka, przed którym odgrywamy swoje międzyludzkie komedie i którego dezaprobata oznacza naszą społeczną śmierć. Wstyd jako swędząca wysypka samoświadomości, żenujący sekret, który ukrywamy pod modnym strojem i zestawem sprawdzonych chwytów towarzyskich, funkcjonuje jednocześnie jako wymazane źródło naszej zabawy w człowieczeństwo. Wstyd jako intymna skaza i wiecznie obecny początek. Prawo, które swój przed – prawny status maskuje zasadą poza – moralnego warunkowania. Kulturowa psychoza niesmaku, która staje się naszą drugą naturą, skórą powlekającą naszą zwierzęco wybrakowaną skórę, jak też rosnącą pod nią. Skóra pod każdą skórą, absolutnie nie dająca się zedrzeć.

Jest coś podejrzanego w namiętnej obronie niestosownie zdziwaczałych istot,wzbudzających w nas lęk, wprawiających nas w dyskomfort, czyniących awanse, które nawet jeśli zupełnie niewinne, stają się obleśnie demoniczne przez jakiś ledwie dostrzegalny kiks, grymas, za długo utrzymujący się uśmiech. Groźba potwornej przemocy zawarta w samym ich istnieniu, nie daje się bagatelizować. Oczywiście, największym zagrożeniem są przeważnie piękni i uprzywilejowani, archetypicznie pozamoralni bananowi chłopcy i dziewczęta, niczym z koszmarnego snu ubogiej, ambitnej studentki lub studenta, odchorowującej/ego towarzyską kocówę na imprezie kuzyna – klubowego wygi. Jednak creep, który swoją bułowato – wstrętną istnością, budzi w nas agresję nieuzasadnioną i arbitralną, naraża nas na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Czujemy się jak Goldakin z powieści Dostojewskiego – napotykamy zmaterializowaną, ucieleśnioną i obscenicznie namacalną wersję nas samych, psującą nam towarzyską grę i zawstydzającą nas niczym pierdnięcie podczas egzaminu ustnego przed bosko ważną komisją Mimetycznych Pośredników. Nie ma nic gorszego, niż widzieć swoje życie wykrzywione, przejęte i zdublowane przez nasz wyparty, starannie ukryty cień, którą swoją obcą swojskością, obecną nieobecnością, interpeluje nas jako źródłowo zakłamany podmiot konwencji.

Wspomniany Dostojewski stworzył postać człowieka z podziemia, który swoją zawstydzającą i poniżającą małość resentymentalnie podkręcił, czyniąc się towarzysko trędowatym i nieznośnym, aby wywrzeć symboliczną zemstę na eleganckich i majętnych oficerach grających w tryktraka w klubie dżentelmenów. Okazuje się, że dobrą formę zemsty może być wkurzenie eleganckiego pana albo pani na tyle, by poczuł/a się zmuszony/a wyrzucić Cię z imprezy. Może to jest jakaś zasada zbawienia, paradoksalna obietnica apoteozy w poniżeniu, gnostycka niemal nadzieja na iskrę słabej nadziei w piekle nie dającego się zbawić kosmosu. Wyobraźmy sobie paradoksalną scenę paruzji: z niebios zstępuje zastęp żenująco nieatrakcyjnych aniołów. Za nimi kroczy groteskowy absolut z wilczym wzrokiem onanisty, w koszulce kapeli folkowo – dance – metalowej i fryzurą, która, w żadnym wyobrażalnym uniwersum, nie ma prawa być modna. Ten słaby i przeklęty bóg wyciąga ręce ku Tobie, i jakby oczyszczając Cię z winy narodzin i nieskończonych, większych i małych śmierci, wypowiada z gorliwą, sakramentalną powagą zaklęcie, które wszytko zmienia : „YOU ARE ONE OF US”. I kończy się Twoja mała, żenująca apokalipsa.