
Podglądacz wyszedł z podziemia, opuścił piwnicę. Podglądacz stał się naszym wiernym towarzyszem, przestał być negowanym i sekowanym gościem; zrodzony jako obsceniczny reżyser skrytych fantazji, awansował na Wielkiego Demiurga Spektaklu, przenoszącego nasz wewnętrzny skrypt na nieczytelną mapę tak zwanej wyobraźni zbiorowej. Właściwie mówiąc o przenoszeniu dokonujemy redukcji: fantazja jednostki jest fantazją grupy, hegemonicznym obrazem treningowym, czyniącym z nas narzędzia permanentnej transmisji, ośrodki przekazujące kody, formy i systemy znaków. Maszyna semiotyczna pasożytuje na organicznych maszynach recepcyjnych, potrzebuje ciał zdolnych do emocyjnej reakcji – nie byłoby naszych obsadzonych wizualnie, silnie erotyzowanych, kompulsywnych fabuł gdyby nie molowe, medialno – maszynowe realizacje społeczne; z drugiej strony nie byłoby społecznej psychozy ikoniczno – słownej nadprodukcji gdyby nie skryty w nas, żądny sugestywnego pobudzenia, pasożyt zwany Widzem. Spektakl nie ma postaci obrazu czy filmu nakazującego bierny, zdystansowany ogląd; trafniej opisuje go metafora kolizji. Podobnie jak u Paula Virillo, wydarzenie wytwarza sferę impaktu, fale uderzeniowe ulegają ustatecznieniu, tworzą budynki, ulice, bilbordy, ciała i maszyny – wydarzenie/katastrofa wybucha i rodzi czasowo – przestrzenne koordynaty swojej nie – możliwości, widzowie, instytucje, technologie są punktami skupienia, spektatorami uczestniczącymi w konstytucji tego, co poddają rozproszonemu, bezosobowemu oglądowi. Wyobraźcie sobie wypadek o niespotykanej skali, wypadek którego jesteście ofiarami i widzami jednocześnie, wypadek, który przemienia skupioną nudę waszych egzystencji w pole nieograniczonej eksplozji, sferę psychotycznego uczestnictwa w postępującym niszczeniu i nicestwieniu. Wydarzenia, wirtualne wirusy, czynią możliwymi obrazy i podmioty – wydarzenia tworzą się, formują, narastają w tym, co umożliwiają: pozorna sprzeczność tworzy epistemiczną maksymę absorpcji Wypadku Absolutnego.

Podglądacz nie jest już vuoyerem; pokątność tuczona wstydem i oparta na sztywnym oddzieleniu tego, co intymne od tego, co publiczne ulega wymazaniu w bezustanności uczestniczącej transmisji. Wszystko podlega niwelacji w serii: rozczłonkowane ciała, stosy towarów, wizerunki gwiazd filmowych i polityków, obrazy wypadków lotniczych i katastrof naturalnych. Możność dokonania dystynkcji została nam odebrana. Chcieliśmy wolności, dostaliśmy absolutną moc oglądu, odsłonięto przed nami wnętrzności, odsłonięto przed nami mdlące oprogramowanie świata, zostaliśmy skazani na percepcyjną wszechmoc, na nieskończony seans absolutnego, bezsensownego widzenia. Zamieszkujemy zonę terminalną, świat sukcesywnego podstawienia, który opisał J.G. Ballard w Artrocity exhibition – świat zamieniony w apokaliptyczną wystawę obrzydliwości, finalny ready – made. Spektakl wymazuje sam siebie- problem reprezentacji zostaje relegowany do kategorii anachronicznych modeli poznawczych, muzealnych wycieczek w stronę granicy. William S. Burroughs głosił, że język jest wirusem, kategoryzacje poznawcze wyrastające z logiki języka tworzą pasożytnicze, widmowe konstrukty. Walczyć z wirusem może tylko agent podziału tnący, dekomponujący, mieszający słowa i obrazy. Niestety, w zonie terminalnej epistemiczna partyzantka traci rację bytu – szokujący montaż nie stanowi formy oporu, tylko chwyt, dzięki któremu Spektakl skutecznie wytwarza, zapętla i obsługuje nasze fantazmaty. Tajemnica została zamieniona w suspens, w sensualne, wzmacniające mediatyzowaną, aseptyczną przyjemność, odwleczenie. Spektakl oznacza niwelację odległości: oko, ekran i obiekt są elementami ekwiwalentnego ciągu, arbitralnym asamblażem. Spektakl przeistaczając nas w spektralnie pobudzonych widzów/uczestników, podglądaczy/podglądanych, wymazuje podstawowe role poznawcze. Kryzys sprawstwa i kryzys podmiotowości odpowiadają automatycznej, serialnej proliferacji czynów, scen i patologicznych publiczno/intymnych nie – miejsc.

Możliwość sztuki zdaje się tkwić jedynie w świadomej autointoksykacji. Skoro wszyscy jesteśmy winni przez ogląd, skoro uzależniamy się od estetyki szoku zanim jeszcze staniemy się zdolni do tworzenia, choćby naiwnie subiektywnych, sądów smaku, to nadajmy naszemu zaczadzeniu pozór intencjonalności, syćmy się nim w sposób bierno – agresywny, podły i przemyślny. Jeżeli w zonie terminalnej następuje patafizyczne wymieszanie, to czemu nie uciec w stronę świadomej nudy, absolutnego spowolnienia, ziarnistej mimikry, żmudnej archeologii powidoków? Skoro do wyznaczników spektaklu należy nagłość i absolutna, uczestnicząca konsumpcja, stańmy się celebransami resztek, uczyńmy naszą konsumpcję nieskończoną, zmieńmy się w zrakowaciały, percepcyjny pod – organizm, wytwórcę medialnej mierzwy. Burroughs pisał o psychodydaktyce narkotycznego głodu, o ciele narkomana, które releguje apetyt w sferę neuronalną, o chłodnym pobudzeniu ektoplazmy. Narkoman jest wampirem, przerabia masywne, nastręczając się zewsząd, wirtualnie wzmocnione fragmenty świata na swoje gówno: egzystencja ćpuna sprowadza się do zaburzonego metabolizmu. Gdyby logikę chorego trawienia przemienić w zblazowany dandyzm pato – esetetyki? Skoro slow cinema, walcząc z melodramatycznym, pornograficznym kiczem, tworzyło spektakle obscenicznie znieruchomiałej pokątności, sztuka antymetaboliczna winna tworzyć realizacje czyniące odbiór niemożliwym, zaburzające obieg widmowej rozkoszy. Jest to rodzaj dystopii najbardziej bezsensowny, podobnie jak bezsensowna jest sama sztuka – dzieło jest tym, co absolutnie bezużyteczne. Świadome narkotyzowanie się zdwojonym, odbitym, powielonym w nieskończoność egzystencjalnym bezsensem to ostatni, przedśmiertny gest wolnego sprzeciwu we wzniecanej i konstytuowanej sterylnym entuzjazmem zonie terminalnej.

Dawniej chcieliśmy być niewcielonymi widzami, teraz chcemy odzyskać ciała. Niechaj będą to nawet upodlone ciała żywych trupów, niech nasze narodziny staną się jedynie inicjacją w nieskończoną agonię. Upodleni niemożnością, staniemy się w ten sposób własnym pokarmem – autoteliczny charakter naszego pełnego wzgardy zachwytu ukaże rewers wsobności spektaklu. Nie ma szans na rozbicie ekranu. Można się jedynie z nim stopić, uzależnić się od martwej fluorescencji, od ciemnego, mechanicznego pulsu. Wytrwałość w umieraniu może zostać nagrodzona – ekran, który nie będzie się już różnił od świata, odbije, nasze pośmiertne konwulsje, nada kształt bezosobowym spazmom. Będzie to ostateczna mumifikacja, niczym nie różniąca się od apoteozy.