
Najczystsze doznanie grozy, najtrudniejszy do wyobrażeniowej krystalizacji horror, łączy się z doświadczeniem trwania bez początku i kresu. Nasze wizje czasu, zarówno linearne jak i cykliczne, łączą temporalność z następstwem i zmianą – bądź to sezonowymi rekonfiguracjami, bądź opartymi o schematy teologiczne, wektorowymi realizacjami z wyraźnie określonym trybem zamknięcia i dopełnienia. Czasowość nie ustrukturyzowana w ten sposób, czasowość spoza czasu, amorficzna trwałość bez kręgosłupa dat, rocznic i momentów, należy do starannie ukrywanego, wstydliwego podglebia kultury: rozpływanie się, które nie obiecuje nawet nicości, jedynie szarą, obsceniczną uporczywość nie dającego się sfinalizować przeistoczenia. Historia okazuje się urządzeniem optymalizującym, wpisującym somnambuliczną codzienność w starannie sfunkcjonalizowane tryby konfabulacyjne; możemy wszak za Frederickiem Jamesonem rzec, że narracja jest manifestacją politycznej nieświadomości. Społeczna dominacja powieści oznajmia adwent nowoczesności, jednocześnie ukazując paradoksalność uporczywego wtłaczania amorficznej egzystencji w rygor akcji. Najlepsze nowoczesne powieści są demonstracyjną porażką gatunkowych norm, prawdziwą przygodę tropią poza planem zdarzeń, w momentach retardacyjnego zatrzymania, bądź w pobocznych, pozornie rozlazłych przerwach i zawieszeniach. Wszak nowoczesny reżim narracyjno – progresywny ustępuje miejsca innym mediom syntetyzowania trwania. Wizja synchronicznej przestrzeni ikonicznej, pozbawionej cierpienia związanego z dziejowym samowychowaniem, dopełnia opisywana przez Paula Virillo, utopia absolutnego przyspieszenia, kinetyki medialnie wykorzenionego, wygnanego z czasu argonauty. Jednak uzasadnieniem tej wizji jest w dalszym ciągu różnica między teraz a „nie – teraz”. Synoptyczna iluzja rozdętego monstrualnie, pozbawionego pamięci uniwersum symulacyjnego odciążenia, wspiera się o pewien nostalgiczny koncept monadycznej teraźniejszości, starannie oddzielonej zarówno od tego, co byłe, jak i tego, co nadejdzie. Nawet jeśli teleologiczna wizja historii ponowocześnie koroduje, zmieniając się w wystawę anachronicznych ikon – wydmuszek przeszłości, to „wieczna teraźniejszość” stanowi taką samą osłonę przed horrorem niemediatyzowanej powszedniości, jak progresywne mutacje Ducha Dziejów. Czas ulega uprzestrzennieniu; temporalna linia przeistacza się w wielki magazyn, pełen gablot ze starannie wyreżyserowanymi tableau epok. Nie rządzi tu żadna prospektywna, chronocentryczna ani dydaktyczna logika; ze wszech stron oświetlone wnętrze globalnego magazynu – muzeum przemierzać możemy dowolną marszrutą. Jednak poza murami tego muzeum, z zasady pozbawionego zewnętrza, w owej absolutnej różnicy poza czasem/przestrzenią, zsynchronizowanej i odciążonej ontologicznie spektakularności, mieści się nasze właściwe środowisko, gdzie niestety nie możemy udawać nieangażowanych i życzliwie obojętnych turystów. Zanurzeni w niedającej się przedstawić nudzie, topimy resztki zdolności skupienia w przeestetyzowanych obrazach z dreszczykiem, w ich połowicznych finalnościach i pozorowanej ziarnistości. Rozpacz ponowoczesna nie wiąże się z poczuciem tragicznego skazania, ale z doznaniem obojętności czasu, którego nic nie organizuje, zatopienia w bezradnej i nadmiarowej szarzyźnie. Żadne estetyzacje, żadne kontemplacyjne spowolnienia przebodźcowanej wyobraźni nie pomogą. Z lęku przed rozpłynięciem, inwestujemy w egzotykę światów obsadzonych znaczeniem. Bardzo popularne filmowo, powieściowo i teoretycznie motywy apokaliptyczne odsłaniają wiecznie nieumarły status Ducha, który staje się obscenicznym widmem z epoki utraconej winy, przypominając nam o możliwości jakiegokolwiek, choćby całkiem irracjonalnego Zwieńczenia.



Apokalipsa etymologiczne oznacza ujawnienie, uczynienie widzialnym. Temporalny kres, ostateczny punkt końcowy, pozwala na paruzję Sensu: to, co zaciemnione i niejasne odsłoni się w pełni, w swojej postaci ostatecznej, ontycznie spełnionej. Historia, czego filozoficzną artykulacją był heglizm, okazuje się nie tylko procesem, ale i medium poznania. Dzień Sądu można też nazwać Dniem Spełnionej Medialności, kiedy wszelkie obietnice reprezentacji porzucą modus postulatu. Cała tradycja semiotyczna Zachodu ma teologiczną genealogię, również sekularne dramaty Oświecenia kamuflują pytanie o absolut. Apokalipsa jest ostatecznym wcieleniem Idei, absolutnym oświetleniem i oświeceniem. Co paradoksalne, takie oświecenie oznacza zarazem wymazanie i destrukcję. Oddalenie i odłożenie rozwiązania, zdystansowanie pełnej widzialności, umożliwia trwanie świata; realność w myśl tej teologi poznawczej, sygnuje połowicznie wcielony absolut. Miał więc rację Jacob Taubes kiedy głosił, że wszelkie narracje teleologiczne demonstrują, chociażby podświadomie, charakter religijny i apokaliptyczny. Służą one paradoksalnej operacji mapowania czasu: umożliwiają retroaktywny, wytwórczy ogląd przeszłości jako całości. Łączą się też z aktem sądu, a zatem wpisania kontyngentnego trwania w struktury sensu. Oczywiście posthistoryczna logika estetyzacji również apokalipsie narzuciła anty – spekulacyjny, spektakularny tryb. W czasach przednowoczesnych i nowoczesnych, na koniec historii patrzono z perspektywy zanurzonych w dziejowość uczestników jej stawania się: absolutne zdarzenie było przedmiotem profecji. Symulacyjne hiper – wcielenie sprawiło, że apokalipsy doznajemy teraz jako jej paradoksalni świadkowie, eteryczne, voyeurysytyczne anioły historii wpatrzone w sam niemożliwy punkt implozji czasu. Nie tylko sytuujemy się w momencie kresu, ale i „po nim”, w „świecie bez nas”, na pustyni poza życiem, historią, pamięcią i zapomnieniem. Nasz największy lęk, groza absolutnej nieludzkości, horror anihilacji, nabierają estetycznego posmaku. Kosmiczny pesymizm i inne sposoby spędzenia wolnego czasu – można by tak zatytułować performatywną stenografię narkotycznej turystyki stanów krańcowych, spirytystycznych obrzędów, podczas których wywołuje się jedynie przyszłych zmarłych. Oczywiście to ruch ucieczkowy, gdyż myśląc o śmierci wszystkich, możemy bądź to odsunąć myśl o śmierci własnej i śmierci najbliższych, bądź nadać im jakieś ogólniejsze znaczenie, statystycznie i narracyjnie je rozcieńczyć. Bowiem głównym składnikiem grozy czystego czasu jest doświadczenie trywialności i znikomości naszego indywidualnego końca. Końca, który niczego nie kończy, który nie jest Końcem, bowiem nasze życie nie zdążyło wytworzyć żadnej znaczącej opowieści, nie zaczęło się nawet, w narracyjnym i symbolicznym wymiarze. Nic nas tak nie oburza jak oczywistość kresu, niema oczywistość, nie tyle bezsensowna, ile samo pytanie o sens czyniąca groteskowym. Sekularyzacja i prywatyzacja sensu odsłoniły zupełnie nowy koszmar: śmierci która wymazuje, śmierci nie tylko biologicznej, ale i symbolicznej, poprzedzanej przez bezsłowną inercję zawstydzająco nieistotnego cierpienia.

Życie jest najpierw nudą, potem trwogą, jak czytaliśmy. Jednak w egzystencji większości z nas ten podział na „epoki” nie występuje; nuda i trwoga mieszają się i wzmacniają wzajemne przez całą bezkreśnie znikomą prowizorkę naszego wrzucenia w jałowość, stając się w pewnych szczególnych okresach bytowych mdłości, niemal nierozróżnialne. Trwoga tym różni się od strachu, że nie potrzebuje obiektywnego pretekstu, a nuda stanowi nieustępliwe tło psycho – afektywne naszych potknięć i błądzeń. Otacza nas nieprzejrzysta mgła: zarówno nasz ból, to nieustępliwe trzewiowe rwanie, to nie dające się opędzić podejrzenie bezsensu i blagi, wypełniają naszą świadomość w sposób nadmiarowy i nużący; możemy je wyrazić, ale jak w akcie ekspresji wyjść poza odwieczne liczmany? Możemy się skarżyć, ale czy naprawdę mamy na co, i czy kogokolwiek nasza skarga obchodzi? Najistotniejsza i jedyna prawdziwa niedogodność, jedyne nie przesadzone i nie teatralne cierpienie jest absolutnie powszechne i dotyka wszystkich. Nie sposób nadać swojej skardze ani rewelatorskiej ważności, ani jednostkowej sygnatury. Tylko kunszt naszej wypowiedzi może sprawić, że ktoś zostanie nią poruszony. Ale to kunsztowna sprawność naszego tekstowego awatara staje się w takim wypadku najistotniejsza, a nie nasze zagubienie i nasza bezradność. Autorzy przenikliwych stron o bezsensie życia i śmierci, cytowani przez wielu, zostają na ogół ze swoim, nieznośnie prywatnym poczuciem klęski i bezsensu, sami. Wirtuozeria w rzucaniu rozpaczliwych anatem niczego nam bytowo nie rozwiązuje. Nie pozwala nawet na budowanie wspólnoty, bo jak wiemy doskonale, nie – pragmatyczne wspólnoty to wzniosła fikcja i w tych potwornie niezbywalnych cierpieniach wszystkie wspólnoty zawodzą. Jeśli mamy szczęście zostaje nam terapia, bądź opieka społeczna i paliatywna. Innego końca naszego małego, nieważnego świata nie będzie.

Myślenie apokaliptyczne, w epoce zaniku symbolicznych i religijnych matryc łączących różne narracje na temat istnienia w spójną, sensowną Opowieść, wydaje się ze wszech miar terapeutyczne. Wizje końca, są w jeszcze mocniejszym stopniu ekspresją subiektywnych lęków, niż narracyjne deformacje przeszłości. Zarówno utopie jak i dystopie tworzone są na bazie interpretacyjnych grupowych interesów. Nie chcemy rozpłynąć się w nieważności, przeraża nas nasza znikomość, pragniemy być osądzeni: po śmierci Boga – przez historię, naturę bądź prawa kosmiczne. Nie liczy się przy tym bezosobowa, bezwolna i arbitralna natura sądu. Jeżeli unicestwimy, mocą tragicznego zbłądzenia, pychy, gatunkowego hybris ludzką kulturę i spustoszymy ekosystem planety, będziemy mogli, w niemożliwej antycypacji niemożliwego rozrachunku, poczuć się sprawcami. Pieczęć winy nada nam znaczenie. Bo przecież w przeestetyzowanych kasandrycznych wizjach zagłady nie chodzi o prognozowanie, albo przeciwdziałanie. Skoro wstyd jest jedynym, co może nas przeżyć, a wstyd jest emanacją winy, to dążymy w kierunku Sądu i Zmazy. Poza tym nasze cząstkowe, absurdalne przypadki uczynią się częścią Historii, nawet jeżeli nasze imię zniknie w tłumie aktantów. Wydaje się, że w pewnych układach społecznych i językowych, możemy spokojnie niknąć, tylko hodując w sobie nadzieję, że wszytko inne też zniknie, nawet jeżeli nie razem z nami, to nieprzesadnie długo po nas. Skoro inne zakończenia naszych małych bezsensownych światów nie są dla nas wyobrażalne, konstruujemy swój resentymentalny Koniec, hołubiąc go narcystycznie, tucząc jako wstydliwą nadzieję osądzenia i zemsty. Jednak może będziemy w stanie tego rodzaju nadzieje porzucić, stając się błogo rozczarowanymi, co znaczy: dojrzałymi. I może stanie się tak, że to nicestwienie i zatracenie w bezsensie zdoła wytworzyć, choćby tylko prywatny i niekomunikowalny, powidok piękna. I może będzie tak, że zarówno na brak nadziei, jak i na świadomą nieważność, zdołamy sobie zasłużyć.