
Patrząc na innego, mamy ochotę obedrzeć go ze wszystkich warstw ochronnych, zajrzeć mu pod skórę. Byłby to graniczny ekwiwalent autorefleksji; widząc wnętrzności drugiego, ujrzelibyśmy wreszcie realne, śmiertelne składowe istnienia -to, co w nas się psuje, co w nas, nieustannie niszczejąc i korodując, działa z wyobcowującą, mechaniczną precyzją. Paranoiczna konstytucja naszych alienujących identyfikacji każe nam zwątpić we własną materialność; automatyczne poruszenia somy, w momentach periodycznej derealizacji, wydają się dalekie i obce. Początek wiary w istnienie własnego ego to początek gry w postępujące wywłaszczenie. Nasza wyobrażeniowa postać jest skorupą, idealizacyjną zbroją, nieruchomą atrapą, w której tożsamość z nami rozpaczliwie pragniemy wierzyć. Hołubimy tę strupieszałą pałubę w nadziei, że egotyczny pancerz nada nam określoność, umocuje różnicę między nami, a światem. Fakt, że samych siebie spotykamy na zewnątrz, w cudzym wzroku, świadomość tego, jak często przemawiamy i działamy z miejsca Innego, nie wymazuje absurdalnej natarczywości, niezbywalności narcystycznego pragnienia. Dławimy się w frenezji auto – kanibalizmu, nieustannie konsumujemy i wydalamy zwodniczo zestaloną postać swojego idealnego ja, jesteśmy zafiksowani na fazie roztrzaskanego zwierciadła, odłamki dobić i powieleń kawałkują nasz coraz bardziej abstrakcyjny czas. Obraz jest naszym wnętrzem, ekran jest naszym ciałem – nie ma nas poza ujęciem, kadrem, rytuałem maszynowej, obiektywnej, percepcji. Nasze bycie jest 'byciem – w – ujęciu’, każdy ruch, każda zmiana niweczy formę i zmusza do dogrywek, czasowość rozsadza pracę krystalizacji, obraz trzeba rozbić i zszyć, roztrzaskać i scalić – psychotyczna pulsacja pomiędzy ciałem uświęconym w kształcie, a ciałem pokawałkowanym.

Pamiętamy słynną scenę z filmowej wersji „American psycho”, w której Patrick Bateman podczas seksualnego rytuału z dwiema kobietami, co chwilę kontroluje swój obraz w lustrze. Jest w stanie działać jak mechanizm, zabójczo skuteczna somatyczna maszyna, tylko w wyniku uznania przez innego, przez wyobcowany obraz własnego ciała. Porównajmy to ze sceną z ,,Zawrotu głowy”, kiedy Scottie po raz pierwszy widzi Madeleine: zafascynowany podmiot znika poza kadrem, zwodniczo spektakularny efekt, podkręcony estetycznie sygnał fantazmatycznego zwieszenia i idealizacji czyni z Madeleine inkarnację transcendentnej Rzeczy. Podmiot rozpuszcza się i znika w vouyerystycznej rozkoszy czysto fantazmatycznego doznania. W „American psycho” nie ma scenicznego dystansu ani auratycznego oddzielenia, wszystko tonie w autoerotyzmie wizualnej, pustej autodyscypliny, akt fascynacji wyparty jest przez automatyczny akt seksualny; wyobcowujący, pozbawiony uczestników, obsceniczny w swojej przejrzystości. Następuje wymiana gestów i ciał w maszynowym spazmie, nadzorcą sceny jest wirtualny, boski idol Ciała Idealnego. Nie bez przyczyny scena ta zmienia się w oniryczny spektakl przemocy. Zupełnie jakby wyobrażeniowa identyfikacja podzieliła się medialnie: lustro/ekran przechowuje wyidealizowany obraz ciała podmiotu, dostępne organoleptycznie ciała innych stają się obiektami tortury, bezgłowymi, nieskończenie plastycznymi, podatnymi na rozczłonkowywanie i dzielenie lalkami. Różnica pomiędzy obrazem a rzeczywistością zmienia się w różnicę między dwoma rodzajami fantazmatów. Polemiczna wobec powieści Ellisa, pojawiająca się tylko w filmie sugestia, jakoby mordercze akty Patricka były tylko/ aż dziełem jego wyobraźni, wydaje się ze wszech miar przenikliwa. Możemy ocalić widmo subiektywnej sprawności i integralności tylko poprzez narkotyzowanie się wizjami ekscesywnej przemocy, poprzez fantazje o unicestwianiu i ranieniu innych ciał. Moje ciało może być czyste, nieskalne i niedotykalne tylko jeśli koszmar pokawałkowania, otwarcia, zranienia i bezradności przeprojektuję na drugiego.

Zapośredniczenie lęku przed dekompozycją w wizualizacjach przemocy, w wizjach ciał torturowanych, ranionych, martwych wynika z ewolucji pragnienia osobowej transgresji w pragnienie przemiany swojego samoobrazu w protetyczny, niezawodny artefakt – rodzaj mentalnej zbroi chroniącej przed nieszczelnością. Chybotliwość i alienująca natura identyfikacji z własnym obrazem owocuje grozą kontaminacji – nasz kontur wydaje się umowny, czujemy się niebezpiecznie wystawieni na wpływy, upokorzeni wizją bezkształtu i niemocy. Prywatna fantazja nabiera charakteru publicznego spektaklu. Wewnętrzny spór, prywatna patologia przenosi się na ekrany, ulice; odnajdujemy ją wcieloną w filmy, obrazy, opowieści. Świat ulega patologicznej prywatyzacji, intymność staje się własnością sfery uznawanej dotąd za publiczną; jest to rakowata, abiekatalna intymność naruszenia i przemieszczenia, intymność zmazy zobiektywizowanej. Ciało publiczne poddawane jest obscenicznej penetracji, jest miażdżone w naszych przyjmujących obiektywne, symboliczne formy snach. Mark Seltzer nazwał takie intymno – publiczne, onirycznie obiektywne nie – miejsca, patologicznymi miejscami publicznymi. Czytając Roberto Bolano, jego fantasmagoryczną powieść ,,2666″, śledzimy proces, w wyniku którego przygraniczne miasto Santa Teresa staje się nie – miejscem zrytualizowanej, patriarchalnej przemocy, inkubatorem aseptycznej, zbiorowej grozy. Zabójstwa kobiet z biednych dzielnic nabierają charakteru nieznośnego snu, ich serialna, monstrualna powtarzalność, nieuchwytność sprawcy/ów, wskazują na paradoksalną aktywność przemieszczoną – odwieczne patologie, archaiczne, przemocowe fantazje nabierają mocy kształtowania przestrzeni i form życia. Santa Teresa jest terenem onirycznego zwieszenia, spowolnionej niesamowitości. Każdy element świata ulega koszmarnemu podwojeniu przez ontologiczną niemal nie – właściwość. Niegdyś kontemplacja zdjęć tortur otworzyła Georges’a Bataille’a na wymiar ofiary i komunii w zranieniu; zarówno patrzący jak i ofiara dokonywali niwelacji cielesnych i podmiotowych granic, rana oznaczała wolę szansy, obietnicę wyjścia z pułapki autystycznej sobości. Rewelatorski patos tego okrycia zmienił się we własne symulakrum – obrazy tortur mają ponowoczesny, przemęczony permisywną addytywnością popkultury podmiot opancerzać przed nadmiarową komunikacją. Mitologem przekroczenia zostaje wchłonięty przez paranoję konserwacji i zachowania formy, wyobrażeniowa orgia kończy się epistemiczną kosmetyką. Przerażeni zawrotnym tempem, w jakim nasze podmiotowo – somatyczne granice są przesuwane, dręczeni przez mnogość symbolicznych i technologicznych protez, przedłużeń, suplementów, uciekamy w kierunku fantazji o ego – twierdzy. Zabijamy w marzeniach, jesteśmy katami w upiornie intensywnych snach na jawie, aby zapomnieć o realnej traumie odwołanego początku, w nieskończoność odwleczonych narodzin. Istnieje też inny, bardziej podstawowy lęk: że w wyniku inwazji, nawiedzenia przez innego, zakażenia przez niedającą się opanować obcość, zobaczymy swoją prawdziwą twarz: surową i bezkształtną, nie mieszczącą się w żadnym lustrze.